Kalwaria Pacławska

Po całej nocy w pociągu, spędzonej na łączeniu między wagonami z powodu ogromnego tłoku, wysiadamy na dworcu w Zagórzu. Potem „pekaesem” docieramy do Komańczy. To tutaj zaprosiło nas czterech kolegów z naszej klasy na swoje i nasze osiemnaste urodziny. Właśnie skończyli swoją pieszą wędrówkę przez całe polskie Karpaty, od Beskidu Śląskiego po Bieszczady.

Wspólnie zwiedzamy klasztor sióstr nazaretanek, ostatnie miejsce internowania Prymasa Tysiąclecia. Wieczorem świętujemy w schronisku przy torcie z chleba i marmolady. Na drugi dzień cała klasa rozjeżdża się w różnych kierunkach. Ja jestem po raz pierwszy w tych stronach. Koleżance i koledze proponuję byśmy pojechali na Kalwarię Pacławską. Znam ją tylko z piosenek zespołu Fioretti: „Zieleń lasu, błękit nieba i kapliczek długi szereg…”. Wiem, że to gdzieś koło Przemyśla, a więc to tam najpierw należy dotrzeć.

Inny świat

Na początek z Komańczy do Krościenka, a stamtąd do Przemyśla. Linia kolejowa Krościenko – Przemyśl przez pewien odcinek, ze względu na powojenną zmianę granic, wiedzie przez terytorium Związku Radzieckiego. Przy wszystkich drzwiach wagonów stoją uzbrojeni sowieccy żołnierze. Z ciekawością spoglądam przez okno na tę inną od naszej rzeczywistość. Na szczęście było to już możliwe, bo jak dowiedziałem się od pasażerów, jeszcze kilka lat wcześniej przy każdych drzwiach do przedziału stał żołnierz, a zasłony okien na czas podróży musiały być zaciągnięte.

Przemyśl przywitał nas piękną pogodą. Miasto urzekło nas swoim położeniem, zwiedzaliśmy i modliliśmy się po kolei we wszystkich kościołach. Katedra przemyska z Matką Bożą Jackową od razu stała mi się szczególnie bliska, właśnie ze względu na tego świętego dominikanina tak uroczyście czczonego w moim rodzinnym Oświęcimiu. W końcu dotarliśmy do klasztoru sióstr sercanek, gdzie moja starsza kuzynka odbywała nowicjat zakonny. Siostry nie tylko nas nakarmiły, ale wyjaśniły także jak dotrzeć na Kalwarię.

Droga na Kalwarię

Długo przyszło nam czekać a autobus do Nowosiółek Dydyńskich. Wreszcie ruszyliśmy przez malowniczy, górzysty teren na południe, coraz bardziej oddalając się od cywilizacji. Na koniec autobus zanurzony w wodzie przejechał przez bród na drugą stronę rzeki i tam zatrzymał się na końcowym przystanku. Ludzie, którzy wysiedli razem z nami, wskazali nam odległe wieże klasztoru i ścieżkę prowadzącą na skróty na Kalwarię.

Idziemy więc. Najpierw miedzami, potem przez las, aż docieramy do pierwszych kapliczek. Przy kaplicy Dom Kajfasza zatrzymujemy się na dłużej. Potem już asfaltową szosą, pokonując powoli ostatni stromy odcinek, docieramy do pierwszych zabudowań wioski, a po kilkuset metrach wchodzimy wreszcie na plac kościelny. Jest już wieczór. Główne wejście do kościoła jest zamknięte. Wchodzimy do świątyni bocznym.

U słuchającej Matki

W kościele panuje półmrok. Tylko pojedyncze światła rozświetlają barokowe, stosunkowo niewielkie wnętrze świątyni. W ławce przed ołtarzem Matki Bożej siedzi zatopiony w modlitwie bardzo młody zakonnik, z pewnością nowicjusz. Ołtarz znajduje się w prawym transepcie kościoła. Tylko obraz Maryi jest oświetlony, żółtym, ciepłym światłem. Maryja ma piękną, subtelną twarz i długie rozpuszczone włosy, głowa jest lekko odwrócona w lewą stronę, a prawe ucho odsłonięte, tak, aby nie było wątpliwości, że słucha. Od razu wiem, że to będzie dla mnie wyjątkowe miejsce, a Maryja Kalwaryjska stanie się szczególną moją orędowniczką.


Więcej w papierowym wydaniu Posłańca 4/2018.

.