Będę z Tobą, cokolwiek się zdarzy

Ewa Liegman – kobieta żywiołowa i refleksyjna, aktywna działaczka społeczna, pomysłodawczyni i realizatorka licznych akcji charytatywnych, prezes hospicjum dla dzieci. Realizuje projekty na rzecz osób zmagających się z ciężką chorobą, stratą i żałobą. Chociaż na co dzień spotyka się z ogromnym smutkiem, sama tryska radością i entuzjazmem. O byciu darem, oraz o tym jak być szczęśliwym i uśmiechniętym w świecie, który bywa przytłaczający, opowiada w rozmowie z o. Andrzejem Zającem.

Jesteś uśmiechnięta, tryskasz energią, kiedy mówisz na spotkaniach, to zarażasz entuzjazmem. Zawsze taka byłaś?

Zdecydowanie nie! To była długa droga. Uśmiech, który zaraża, musi być naturalny, a nie sztuczny. Spotkałam kiedyś w domu starców staruszkę, która mimo bardzo ciężkiej choroby, podeszłego wieku, pomarszczonego ciała, skomplikowanej siatki zmarszczek na twarzy, uśmiechała się oczami. Cała była radością, mimo szalenie trudnej życiowej sytuacji. Mówimy, że starość się Bogu nie udała. Ona nie musiała nic mówić, żeby być wyraźnym zaprzeczeniem tej teorii. Wtedy zaczęłam zastanawiać się, co takiego w życiu trzeba odkryć, zdobyć, by nie przejąć wszędobylskiego zgorzknienia? Czemu ja jestem taka przygaszona, mimo młodości? Nic mnie nie boli, a jednak z pogodą ducha w porównaniu z moją bohaterką – staruszką – nie mam nic wspólnego. Miałam wtedy trzynaście lat. To był mój pierwszy wolontariat.

Czyli owocny był ten wolontariat? Zmienił coś w Tobie?

W domu nie lubiłam sprzątać, a głównie tym się zajmowałam. Aż wstyd, ile się napyskowałam, żeby zamieść małą kuchnię. Byłam mistrzem wyszukiwania argumentów na „nie”. Właśnie wolontariat w domu starców zmotywował mnie do zadawania sobie fundamentalnych pytań: po co to wszystko? kim jestem?

To szybko podjęłaś poważne refleksje...

Ostatnio robiłam sobie rachunek sumienia z okazji urodzin i odkryłam, że popełniłam do tej pory dokładnie tyle błędów, ile miałam okazji. Patrząc na swoje życie, widzę dużo ciemnych nocy, zakrętów i upadków. Długich dni, miesięcy, z których nie jestem dumna. Ale wszystko ostatecznie złożyło się na odkrycie w sobie pogody ducha. A dziś nie mam wątpliwości, że to największy luksus. Najbardziej spektakularny sukces, jaki można osiągnąć na świecie, bo wymaga wielkiej odwagi, by się przełamać i zajrzeć do piwnicy swojego serca, gdzie straszy bałagan, pustka, dużo zakopanych spraw, starych krzywd, ran jeszcze z dzieciństwa, kawałki połamanego, zdeptanego milion razy serca. Początki sprzątania były makabryczne, ale po wszystkim przychodziła ulga. Po długiej nocy zaczyna się robić jasno w sercu. Wtedy dopiero radość jest naturalna, autentyczna, prawdziwa, zaraźliwa.

A skąd u Ciebie ta energia?

Dziś nie mam wątpliwości, że wszystko, co mam, jest od Boga. Zanim Go spotkałam, moja wiara była taka jak ja i całe moje życie, czyli byle jaka.

Praca, którą wykonujesz, czyli prowadzenie hospicjum dla dzieci, zajmowanie się dziećmi, które nie mają przed sobą perspektywy długiego życia, bez wątpienia pobudza Cię do myślenia o sprawach najważniejszych, o czym dałaś świadectwo chociażby w Twojej książce Prognoza pogody ducha, czy też we wpisach na Facebooku. Skoro mówimy o darze, co daje Ci ta praca?

Nauczycielom Hospicjum Pomorze Dzieciom zawdzięczam najważniejsze lekcje. Zanim zaczęłam swoją działalność w tym miejscu, byłam przekonana, że ten temat mnie nie dotyczy. Później zaczynałam odkrywać każdego dnia, że hospicjum dla dzieci, które wciąż potrzebuje pomocy, może pomóc nam – właśnie przebudzić się do pełni życia.

Czyli paradoksalnie nie tylko Ty jesteś darem dla hospicjum, ale hospicjum jest darem dla Ciebie?

Tak. To właśnie śmiertelnie chore dzieci nauczyły mnie codziennego treningu charakteru.

więcej w papierowym wydaniu Posłańca

 

.