Otwarte drzwi

Ten tekst krystalizował pomiędzy dwoma obrazami. Pierwszy z nich – wielobarwny, niezwykle dynamiczny, nęcący siłą i pięknem – to obraz dwojga młodych ludzi. Kończą studia, szukają pracy i nie bez perypetii, ale zdobywają taką, jaką chcieli. Teraz mają nadzieję, że zdołają zebrać tyle pieniędzy, żeby wystarczyło na wymarzone wesele i spłacenie kredytu mieszkaniowego. Zapewne, gdy to osiągną, przyjdą kolejne nadzieje, że… Drugi obraz jest znacznie bardziej mroczny. Szczupły, lekko przygarbiony mężczyzna w średnim wieku, siedzi z głową ukrytą w dłoniach. Opowiada o swojej chorobie, o pierwszych niepokojących wynikach badań, o lekarzach prowadzących rozmowy ściszonym głosem. Proponuję wspólną modlitwę, chwyta się jej kurczowo i z ogromną nadzieją. Intuicyjnie czujemy, że małe nadzieje tamtych dwojga (dla nich oczywiście wielkie i ważne) są wobec nadziei śmiertelnie chorego mężczyzny niczym babka z piasku wobec majestatycznej skały, górującej nad horyzontem. I nie idzie tu bynajmniej o różnicę w skali wielkości, bo przecież nawet te małe, codzienne „spodziewania się” – nie wiedząc nic o tym – jakoś wybiegają ku Pełni, za którą milcząco wszyscy tęsknimy. Idzie raczej o jakieś fundamentalne dobro, które bywa zagrożone przez zło. Nasze istnienia są takim dobrem – bardzo kruchym, ulotnym i niezwykle podatnym na zranienia. Co więc, gdy nie możemy tego dobra ocalić, ochronić i zatrzymać? Czy pomimo obumierania kolejnych możliwości, w naturalny sposób dostępnych na drodze życia, możliwa jest jeszcze jakaś nadzieja? Wydaje się, że ta prawdziwa (już nie „nadzieja, że”, ale „po prostu”) dopiero wtedy może dojść do głosu. Dopiero wtedy, uwolniona z tymczasowości rozmaitych oczekiwań, może rozwinąć skrzydła i ulecieć poza horyzont danego nam „tu i teraz”, by sięgnąć po Dobro absolutne i w nim poszukać uwolnienia i spełnienia. Wydawałoby się, że dla nas – istot z natury religijnych (jakkolwiek będziemy to rozumieć), będzie to coś bardzo naturalnego, a jednak od jakiegoś czasu nie jest to już tak oczywiste. Idąc za myślą mojego wielkiego, intelektualnego przewodnika, prof. Karola Tarnowskiego, możemy tu ulec jednej z dwóch pokus, jakie zastawia na nas życie: pokusy rozpaczy lub pokusy bez-nadziei. Ta pierwsza – już z racji samej kruchości i skończoności naszych istnień – stawia człowieka w sytuacji bez wyjścia, zamyka i czyni bezsensownym wszelkie oczekiwanie na cokolwiek.


Więcej w papierowym wydaniu Posłańca 5/2018

.