Imię wyryte na dłoniach

Co łączy krakowskiego biskupa ze św. Franciszkiem z Asyżu i czym jest Kościół ubogi? Co wiek XXI ma wspólnego ze średniowieczem i czy św. Antoni wielkim kaznodzieją był? Dlaczego Nowa Ewangelizacja to ruch do głębi franciszkański i po co były ogień i wiatr potrzebne apostołom w dniu Pięćdziesiątnicy?


Na te i inne pytania odpowiada w rozmowie z nami ks. bp dr hab. Grzegorz Ryś.

Posłaniec św. Antoniego jest pismem franciszkańskim, dlatego chciałabym zacząć właśnie od pytania franciszkańskiego: posiada Ksiądz Biskup i często używa mitrę z krzyżem franciszkańskim i znakami tau. Jak to się stało, że biskup, będący kapłanem diecezjalnym, a nie zakonnikiem, w tak ważnym atrybucie jakim jest mitra, używa symboli franciszkańskich?

Temu to życiorys jest winny (śmiech). W 1982 roku przyszedłem do seminarium krakowskiego na I rok. To była 800. rocznica urodzin św. Franciszka. Myśmy oczywiście nie mieli o tym bladego pojęcia, ale przełożeni mieli i dali nam jako patrona rocznikowego właśnie św. Franciszka. I zasadniczo to jest ten kamień, który uruchomił lawinę. Ale najzabawniejsze jest to, że ja nie pamiętam, żeby nam ktokolwiek powiedział dlaczego
ten Franciszek! Po prostu był Franciszek i już. Kupiłem gdzieś wtedy po raz pierwszy pisma św. Franciszka i św. Klary. Choć szczerze powiem, że tak naprawdę czytałem tylko Franciszka. To było takie śmieszne wydanie, formatu kieszonkowego, książka klejona, więc po pierwszym rozłożeniu już była w strzępach. Ale to była fascynująca lektura – pierwszy raz wtedy czytałem teksty Franciszka. Potem mieliśmy taki moment na roku V, kiedy jako rocznik robiliśmy jasełka. A już wtedy wiedzieliśmy, że to św. Franciszek wymyślił jasełka, więc chcieliśmy do tego nawiązać i przenieśliśmy całość przedstawienia w XII i XIII wiek. Później była chwila przerwy. Potem, po licencjacie z historii, przyszli do mnie franciszkanie, bracia mniejsi, z prośbą żeby im wykładać historię Kościoła. A później przyszli znowu, żeby im jeszcze poprowadzić rekolekcje o Franciszku z jego tekstami w ręce. I właściwie dopiero wtedy wróciłem po raz kolejny do tej lektury. Ale już wtedy czytałem jego teksty oryginalne, a nie ten polski przekład. Tak… Z Franciszkiem to jest długa i fascynująca przygoda. Czyli Franciszek jest wciąż obecny w życiu Księdza Biskupa? Tak. Inna rzecz, że jak się wykłada historię Kościoła średniowiecznego, to nie da się o nim nie mówić, bo właściwie to, co jest tym szczytowym czasem – XII i XIII wiek – opiera się na nim. On może nie wygenerował pytań, ale na pewno udzielił najważniejszych odpowiedzi, więc musi być obecny.

Nie da się inaczej…

Nie da się.

A pozostając jeszcze przy Franciszku, czy to, co Franciszek mówił, to, czym żył wtedy, w średniowieczu, da się zaaplikować do czasów współczesnych? Inaczej, jak mógłby skorzystać z Franciszka dzisiaj taki zwyczajny, żyjący w społeczeństwie
człowiek?

Zacząłbym od tego, że obie epoki do siebie przystają, choć wydaje się, że są dość odległe – bo gdzie tam przełom XII i XIII wieku, a gdzie wiek XXI? Ale są dość podobne te dwie epoki przede wszystkim przez to, co nazywamy rozwojem gospodarczym. Bo wtedy, w czasach św. Franciszka, Europa taki właśnie rozwój przeżywała, być może pierwszy raz w średniowieczu. I niewątpliwie ten właśnie rozwój postawił przed ludźmi potężny temat ubóstwa. Postawił Europie i Kościołowi w Europie – tu można postawić niemal znak równości – temat ubóstwa, co skutkowało też odpowiedziami, powiedziałbym, mniej dojrzałymi niż Franciszkowe. Czyli często dość potężnym antyklerykalizmem czy nawet więcej, na przykład odrzuceniem w ogóle idei kapłaństwa, potrzeby pośrednictwa między człowiekiem a Bogiem. Zrodził też
szereg prawdziwych „antykościołów”, takich jak katarzy czy waldensi. Generował także odpowiedzi, które są trochę uproszczone – pojawił się postulat „ubogiego Kościoła”. Tylko
żeby stawiać taki postulat, należy najpierw dobrze rozumieć, co znaczy ten ubogi Kościół i w imię czego ma być ten ubogi Kościół. Na pewno nie w imię postrzegania rzeczywistości
na sposób manichejski, czyli że to, co jest materialne jest niegodziwe samo w sobie. Że to wszystko, co materialne, co cielesne, jest w rękach szatana od początku do końca. I cała sztuka polega na tym, żeby nie widzieć zła w stworzeniu, tylko w moim własnym
indywidualnym stosunku do tego, co mogę ewentualnie posiadać czy nie posiadać. Czyli trzeba by widzieć problem we własnej pożądliwości, a nie w tym, że obok mnie istnieją piękne rzeczy. Franciszek daje, na moje wyczucie, dwie takie bardzo istotne odpowiedzi. Pierwsza wiąże się z tym, że bardzo wielu ludziom w jego czasach wydawało się, że nie można być wiernym Ewangelii i wiernym Kościołowi jednocześnie. Jednym słowem, że Kościół stał się antyewangeliczny przez brak ubóstwa, a więc nie można być wiernym Ewangelii i wiernym Kościołowi. A Franciszek pokazuje, że można. Że można mieć w sobie tę podwójną wierność: radykalne posłuszeństwo Ewangelii może być też przeżywane wewnątrz Kościoła. Człowiek nie musi wyjść z Kościoła, żeby móc radykalnie żyć Ewangelią. Drugą Franciszkową odpowiedzią czy podpowiedzią jest to, że można żyć ubogo, nie będąc od razu manichejczykiem, tylko pisać pochwałę całego stworzenia, jednocześnie będąc ubogim. To jest to ubóstwo przeżywane w sposób dojrzały i taki, powiedziałbym, dorosły. I to jest to, co jest potrzebne także dzisiaj. Bo dzisiaj też wcale nie jest trudno o krytykę Kościoła, i to często w oparciu o to, co posiada, albo czego nie posiada, albo co mógłby posiadać, albo co by chciał posiadać. Można też krytykować Kościół, wychodząc z innych paragrafów, pokazując grzech w Kościele. A on zawsze był i zawsze będzie. Jest. I wtedy to pytanie, czy mogę być wierny Ewangelii w środku Kościoła, jest pytaniem ważnym dla człowieka. Mamy na przykład świeckich ludzi w Kościele, którzy się zderzają chociażby z tym, że daje się im do zrozumienia, że wcale nie są nikomu do niczego potrzebni, i że
tę całą swoją gorliwość, chęć działania i ewangelizacji mogą sobie ukierunkować gdzie indziej. Więc to jest pytanie, jak się nie dać przetrącić w swoim entuzjazmie dla wiary. To zawsze będzie to pytanie. Pytanie o ubóstwo i o stosunek do ubogich to było też pytanie sformułowane wobec Kościoła. To znaczy, czy ubodzy mają w ogóle jakieś swoje miejsce w Kościele? Czyli nie tylko: co my możemy dać ubogim w Kościele, tylko czy oni mają jakieś swoje miejsce? Kiedy papież, kolejny już zresztą, mówi o opcji na rzecz ubogich, to mówi też o tym. Nie tylko, że trzeba ubogim dać jeść i pić, ale stawia również pytanie, kim człowiek ubogi jest w Kościele, czy ma on w ogóle coś do powiedzenia, i czy kogoś obchodzi to, co on ma do powiedzenia. Chodzi o to, żeby go dostrzegać.

Tak jak robił to św. Franciszek.

Dokładnie.

O Franciszku pewnie moglibyśmy jeszcze rozmawiać godzinami, ale jestem ciekawa czy dla Księdza Biskupa jacyś inni święci franciszkańscy są wyjątkowi, bliscy?

Na pewno nie w takim stopniu, ale jest mi trochę bliski Antoni.

I tym sposobem zabrał mi Ksiądz Biskup kolejne pytanie. Bo właśnie tego chciałam się dowiedzieć – czy Antoni, patron naszego pisma, jest Księdzu Biskupowi bliski? Wiele osób daje świadectwo konkretnej ingerencji Antoniego w ich życie, takiej namacalnej. Czy może Ksiądz Biskup też miał taką sytuację z Antonim?

(śmiech)

Czyli jednak?

Może bym i znalazł, ale nie, nie dlatego go polubiłem. Kupiłem sobie kiedyś, na którymś z wyjazdów do Włoch, trzy tomy kazań Antoniego…

Ambitnie.

Tak... (śmiech) To znaczy, wszyscy wiemy, i wszyscy o tym wiedzą, że Antoni był wielkim kaznodzieją. No i na tym się ta wiedza kończy, bo kazań Antoniego przełożonych na język polski, zdaje się wiele nie ma. A te jego kazania to rzeczywiście są traktaty teologiczne i widać, że to jest właśnie ten wykształcony franciszkanin, który zna wszystkie sensy biblijne i rzeczywiście potraf każdy z nich wydobywać w każdym ze swoich kazań. Myślę, że niekoniecznie łatwo się go czyta, ale spora część jego egzegezy, to ta, którą papież Benedykt nazywa egzegezą duchową, gdzie jest też miejsce dla alegorii i gdzie jest miejsce na czytanie tekstów biblijnych w kluczu figury i spełnienia. I są takie miejsca absolutnie ewangeliczne, które – jak otwieram konkretne fragmenty Ewangelii – czytam według Antoniego. Ale to dlatego, że interpretacja, którą on daje, jest po prostu powalająca. I jest tak sugestywna, że jak się ją przeczyta, to nie można już inaczej interpretować tekstu.

Intrygujące. Proszę o jakiś przykład.

Najlepszy fragment, o którym teraz myślę, to jest jego komentarz do 20. rozdziału Ewangelii Jana, czyli do tego momentu, gdzie Jezus przychodzi do Wieczernika i pokazuje przebite ręce. Antoni widzi tam nawiązanie do Izajasza, do tekstu, w którym Izajasz mówi tak: „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu […] a nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie. Oto wyryłem cię na obu dłoniach” (Iz 49,15-16a). I Antoni to tłumaczy w ten sposób, że w Jezusie Bóg wyrył sobie imię każdego z nas gwoździem na dłoniach. Zatem piórem był gwóźdź, a atramentem była krew Jezusowa – i tym sposobem moje imię jest wypisane na dłoniach Jezusa. I właśnie dlatego Jezus to pokazuje – bo mówi „choćby matka o Tobie zapomniała, to ja nie jestem w stanie, bo mam ciebie na dłoniach wyrytego”. No nie da się po czymś takim później inaczej czytać tego tekstu. I właśnie jak ten tekst znalazłem, to wtedy pomyślałem: Aha! To tu jest ten Antoni, ten kaznodzieja niebywały zupełnie.

Teraz odejdźmy może na chwilę od franciszkanizmu do tematu niezwykle dziś aktualnego, którym Ksiądz Biskup się zajmuje, czyli Nowej Ewangelizacji. Co to tak naprawdę jest, o co w niej chodzi?

W takim razie nie da się odejść od franciszkanizmu (śmiech).

Tym lepiej!

To był przecież nurt ewangelizacyjny, to, co robił Franciszek i jego współbracia. Poczynając od tego, że dawali dość radykalne świadectwo i tym świadectwem budzili pytania o Jezusa. Tak się przecież też odrodził Kościół w Polsce. Bo owszem, chrystianizacja to jest Mieszko I, ale ewangelizacja, to jest wiek XIII. Kiedy tu przyszli franciszkanie i dominikanie, to naprawdę ewangelizowali to społeczeństwo. Uczyli myślenia ewangelicznego, postaw ewangelicznych, a nie tylko, powiedzmy, zwyczaju czy obrzędu, który jest schrystianizowany, a jeszcze przed chwilą był pogański. A więc to w tym sensie nie uciekamy od franciszkanizmu. Myślę, że też definicję Nowej Ewangelizacji można by pokazać przez pewne analogie, bo Franciszek był jednocześnie nowy i stary – swojego życia uczył się u benedyktynów, ale nie był benedyktynem. Więc to jest właśnie to – jak pokazać Ewangelię, która do tej pory miała swoje bardzo konkretne formy: zrozumiałe, owocujące i to jest istotne. Nikt nie chce powiedzieć, że to, co było stare, jest niedobre. Było bardzo dobre! Przyniosło rewelacyjne owoce! I teraz jak to wyrazić językiem, który w kolejnym pokoleniu będzie zrozumiały? Trzeba to zrobić trochę na własny sposób, trochę przy pomocy nowych środków. W tym sensie Franciszek nawet jak przeżywa te same pokusy co Benedykt i reaguje tak samo jak Benedykt, bo się na przykład rzuca w krzaki cierniste, jednak nie jest benedyktynem. Ale to już dość tego krążenia wokoło. Teraz trzeba powiedzieć jasno, że żyjemy znów w pokoleniu, któremu trzeba głosić Ewangelię. Nie dlatego, że w poprzednim jej nie głoszono, tylko dlatego, że jest nowe pokolenie, które potrzebuje na nowo głoszenia Ewangelii. Tym bardziej, że jednak konteksty, w których to pokolenie się obraca, są troszkę inne niż chociażby 40 lat temu.

Czyli stąd Nowa Ewangelizacja?
Tak. Chociaż tak naprawdę, to ona wynika jeszcze z czegoś innego. Kościół istnieje dla ewangelizacji, dla niczego innego – Kościół istnieje dla przekazu wiary. I teraz pytanie: dlaczego my przekazujemy wiarę? Dlatego, że nam ją ktoś przekazał. I tylko ten, kto ją przyjął, i przyjął ją w takim sensie, że wie jak ona dla niego jest ważna, co mu daje, jakim go czyni człowiekiem, tylko ten ostatecznie będzie się tym dzielił. Czyli samo zobaczenie, że dookoła świat przestaje być jednorodnie chrześcijański, albo zobaczenie, że mieliśmy 50% a mamy 40% w kościele na niedzielnej Mszy Świętej, nie jest jeszcze powodem, żeby głosić wiarę. Przeciwnie – może być powodem, żeby ją zaprzestać głosić, albo wręcz powodem, żeby samemu zaprzestać wierzyć. Ale jeśli mam w sobie wiarę otrzymaną, przyjętą i ona we mnie pracuje – mówimy tak naprawdę o działaniu Ducha Świętego w człowieku, o doświadczeniu usprawiedliwienia, zbawienia – jeśli to jest dla mnie doświadczenie podstawowe, mocne, to wtedy wyjdę z tym do innych, jeśli nie – to nie wyjdę.

No tak – prosta zasada. A w takim razie jaka jest rola nas, świeckich w Nowej Ewangelizacji? Tych, którzy chcą ze swoją wiarą wyjść do świata?

No podstawowa! Ja bym tu nie rozróżniał: świeccy, duchowni. Ewangelizuje Kościół. I zasadnicze jest to: po pierwsze, żeby świeccy nie chcieli zostawiać ewangelizacji wyłącznie
duchownym, a po drugie, żeby duchowni nie chcieli jej zawłaszczać dla siebie. Ewangelizuje Kościół. Teraz są całe obszary świata, gdzie duchowny nie dociera, i nawet myślę, że niekoniecznie powinien. Ale trzeba myśleć bardzo prosto. Załóżmy, że mamy w Krakowie parafie, gdzie w niedzielę do kościoła przychodzi 3 na 10 osób. No niech będzie może 40%, 4 osoby na 10. I tak naprawdę ci, którzy przychodzą, znają tych 6, których nie ma. Bo mają ich w domu, mają ich w sąsiedztwie, mają ich w pracy, mają ich wieczorem w restauracji, czy idą z nimi do kina, albo jadą razem na wakacje. I znają ich doskonale. I teraz kłopot polega na tym, a wina tu leży niestety bardziej po stronie duchownych niż świeckich, że my przeżywając tę Eucharystię niedzielną, wcale nie czujemy się posłani na zewnątrz. Ani nawet nie czujemy się uformowani do tego, żeby pójść. Więc ostatecznie zajmujemy się ewangelizowaniem tylko tych, którzy są już jakoś zewangelizowani, ale i tak w tym formowaniu ich nie jesteśmy konsekwentni. Bo gdybyśmy doszli konsekwentnie do końca, to człowiek musiałby doświadczyć tego, że jest posłany.

A z czego wynika to, że nie czujemy się posłani?

Powodów jest tak naprawdę milion, bo tu pada pytanie o jakość naszej wiary, wiary Kościoła. A więc jest tyle powodów, ile jest osób. Można by podać takie zbiorcze powody, tylko, że one bardziej są podawane jako rodzaj usprawiedliwienia. Na przykład można mówić o tym, że w Polsce przez lata było trudno o jakieś takie relacje zaufania pomiędzy duchownymi i świeckimi, a bo był komunizm, a bo tamto, a bo siamto. Można mówić o tym, że w Polsce mamy jednak wciąż jeszcze procentowo ogromną ilość powołań, porównując z innymi częściami chociażby Europy. Więc ten Kościół jest jeszcze bardzo mocno kadrowo duchowny i księżom się może wydawać, że mogą jeszcze właściwie wszystko sami zrobić. A jak nie sami, to przy pomocy sióstr i braci zakonnych. Takich powodów można wskazać wiele, ale one są wszystkie do przełamania nie myśleniem takim strukturalnym, czy dobrym wykładem z eklezjologii, ale doświadczeniem wiary, które człowieka uruchamia. I ta wizja Kościoła, który jest Ciałem Chrystusa, jest wspólnotą, jest komunią, jest ludem Boga, to jest wizja, która tak naprawdę jest wizją posoborową. Oczywiście też i najwcześniejszą w Kościele, ale odkrytą na nowo z mocą na Soborze Watykańskim II. To jest 50 lat, to jest półtora pokolenia póki co, i co więcej, wydaje mi się, że o ile ta wizja była być może przyjmowana entuzjastycznie jak się sobór wydarzał, bo on był jednak pewną, jak nie rewolucją, to taką zmianą bardzo głęboko idącą, i ludzie uformowani przed soborem, musieli się z nim zmierzyć; i kiedy się z nim mierzyli, to dokonywali jakichś fundamentalnych wyborów w życiu, o tyle my już dzisiaj nie jesteśmy w takiej sytuacji, bo myśmy wyrośli w posoborowym Kościele, on jest dla nas jakąś normą i to nas może też usypiać, to znaczy – myśmy nie przeżyli tego jako osobistego wyzwania. Jest niby jakiś oczywisty sposób myślenia o tym, czym jest Kościół, co to jest ewangelizacja. O tym się łatwo i przyjemnie wykłada na uczelniach katolickich. Natomiast żeby to się przekładało na decyzje osobiste, indywidualne, to już jest troszkę trudniej. Ale ja przynajmniej nie jestem żadnym pesymistą, bo widzę jak w Kościele ten cały nurt ewangelizacyjny rośnie i jak wzbiera od dołu. Od góry nie musi wzbierać, bo to jest refleksja Kościoła idąca od samej góry, od papieży takich jak Paweł VI, Jan Paweł II, wcześniej jeszcze Jan XXIII i oczywiście Franciszek. Więc tu nie potrzeba czekać dłużej na jakąś rekognicję z góry, bo ona dawno jest już udzielona. A oddolnie ten nurt jest coraz mocniejszy. Ja jestem pełen nadziei!

Skoro mowa o nadziei, niebawem w Krakowie wielkie wydarzenie, Światowe Dni Młodzieży. Jakie nadzieje wiąże Ksiądz Biskup z tym szczególnym czasem, jakich owoców tego wydarzenia oczekuje?

To, że coś się ważnego wydarzy, to nie mam żadnej wątpliwości. Mówimy o wydarzeniu w wierze, o tym, że będzie tu Piotr, a przy nim zgromadzony będzie cały młody Kościół z całego świata. Więc to, że coś się ważnego wydarzy, to jest poza znakami zapytania (śmiech).

A zatem pytanie – czy coś z tego zostanie?

Może raczej warto zapytać: co my z tym zrobimy? Bo jednak pytanie „czy zostanie” zakłada, że jest to od nas niezależne. Natomiast ewangelizacja to właśnie pokazuje, że jeśli mam do czynienia z czymś, co można by nazwać jakimś takim wielkim „eventem” – daj Boże żeby tu się zebrało 2 miliony ludzi, czy 3 miliony ludzi, coś istotnego, ważnego przeżyją, także niewątpliwie z dużym zaangażowaniem własnych emocji – jest istotne, żeby oni dostali natychmiast propozycję ciągu dalszego i jakiejkolwiek kontynuacji. Jeśli nie dostaną, to w jakiejś mierze można by się nawet zapytać czy warto było? To znaczy, czy można człowiekowi pokazywać cudowną, fantastyczną perspektywę wiary, a później zamknąć mu do niej drzwi i powiedzieć: pooglądaj sobie przez szybę? Tak nie wolno. To jest nieodpowiedzialne gdy w grę wchodzi budowanie Kościoła. Młody człowiek musi dostać bardzo konkretną propozycję potem. Myślę, że nawet byłoby dobrze, gdyby ją współtworzył – żeby nie proponować młodym czegoś, czego oni nie współtworzą, bo się nie odnajdą w tym w żaden sposób. Natomiast jeśli uda się tych młodych wciągnąć w takie tworzenie Kościoła, współtworzenie Kościoła w konkretach, we wspólnotach, w parafach, to tak warto.

Zanim nadejdą Światowe Dni Młodzieży, mamy jeszcze Zesłanie Ducha Świętego. Jak to, czego doświadczyli apostołowie dwa tysiące lat temu, ma się do tego, co my dzisiaj przeżywamy, celebrując tamto wydarzenie? Co możemy zrobić, żeby jak najlepiej rozumieć to, co się wydarzyło wtedy i wciąż wydarza?

Pytanie jest słuszne i odpowiedź też, mam nadzieję. Chodzi o to, żeby nie myśleć o wydarzeniach z historii zbawienia w czasie przeszłym, bo liturgia jest także po to, żeby je czynić obecnymi, a nie żeby tylko pomyśleć sobie o nich, jak to było. Myślę, że najpierw by warto było tak przeżywać okres wielkanocny, żeby nie był tylko już takim odpoczynkiem po Wielkim Poście i jakąś nieskonkretyzowaną radością ze zmartwychwstania Pana Jezusa, tylko żeby miał w sobie to oczekiwanie. Tak jak ta Pięćdziesiątnica pierwsza miała w sobie oczekiwanie tak mocne, że Łukasz mówi: „kiedy wreszcie nadszedł czas Pięćdziesiątnicy”. I w tym „wreszcie” zawarte jest całe to czekanie, napięcie. Wreszcie jest! I teraz dalej konsekwentnie: co jest? Bo trzeba pamiętać, że Duch Święty w dzień Pięćdziesiątnicy nie objawił się w ogniu i wichrze, tylko w apostołach. Ogień i wiatr były po to, żeby ludzie się zbiegli. Były znakiem, że coś tu się dzieje. Ale działo się nie w powietrzu, tylko działo się w apostołach, którzy do tej pory siedzieli zamknięci, a teraz otwarli te drzwi i wyszli, i w absolutnej jedności głosili wielkie dzieła Boga. I kiedy ludzie ich widzieli, to zaczęli sobie zadawać pytania, co się dzieje i czy ci nie są przypadkowo pijani. To jest ciekawe, że pytanie nie było o ten wicher i o ten ogień, tylko o tych Dwunastu, którzy wyszli i zachowują się w taki sposób, że nikt nie wie, jak to wyjaśnić – no więc może właśnie nadmiarem trunku? A więc pytanie Pięćdziesiątnicy jest takie: czy ja pozwalam siebie użyć Duchowi Świętemu do czegokolwiek? A nie czy rozglądam się wokół siebie czy czasem nie wieje, albo nie ma ognia w powietrzu. Co Duch czyni między nami i co czyni z nas? Jaki z nas czyni Kościół? Na ile my jako Kościół jesteśmy w ogóle jeszcze jakimś znakiem zapytania dla kogokolwiek? Na ile my jako Kościół jesteśmy zjednoczeni i na ile tym, co nas jednoczy, jest wychwalanie wielkich dzieł Boga, a nie jakieś rzeczy z dalszych szeregów? Więc tu jest wiele i do refleksji, i do doświadczenia. Pięćdziesiątnica zawsze będzie też po to, żeby stawiać pytanie, na ile my w Kościele pomagamy ludziom w rozeznawaniu tego, co Duch Święty w nich sprawia, jakimi darami duchowymi, jakimi charyzmatami, jakim rodzajem posługi Duch Święty owocuje w ludziach. Żeby Kościół nie był wyłącznie strukturą, tylko władzą, tylko prawem, tylko urzędem. Jest ważne, ile jest w Kościele tego, co nazwiemy właśnie charyzmatem, i ile jest jedności między charyzmatami w Kościele. Tu jest cały szereg pytań…

Na które może poszukamy odpowiedzi przy okazji kolejnego wywiadu…

No to już zależy od redakcji.

(śmiech)

.