Trudne początki – franciszkanie na „ziemiach odzyskanych”

W 70. rocznicę wysiedlenia polskiej ludności z Kresów i przesiedlenia jej na „ziemie odzyskane”, warto popatrzeć na pionierską pracę duszpasterską kapłanów na Dolnym Śląsku, w którą znaczny wkład wnieśli bracia św. Franciszka. Latem 1947 r. na Dolnym Śląsku, wśród osiedlanej polskiej ludności, pracowali franciszkanie z krakowskiej prowincji. Przybyli tu w 1945 r. na prośbę administratora apostolskiego diecezji wrocławskiej, ks. Karola Milika.

Akcja wysiedlania Niemców, którzy odważyli się pozostać w swych domostwach, pomimo grozy wkroczenia Armii Czerwonej, dobiega pomału końca, a wraz z nią kończy się zaplanowane przez Stalina w traktacie poczdamskim, przesiedlenie ludności polskiej z Kresów Rzeczpospolitej na tzw. „ziemie odzyskane”. Wraz z przybywającymi osadnikami z opuszczanych za Bugiem miast i wsi, często przyjeżdżają ich duszpasterze, jednakże znaczna część wiernych pozostaje na nowym miejscu zamieszkania bez duchowej opieki. Stąd też nagląca prośba władz kościelnych do duchowieństwa zakonnego o rychłą pomoc w tej ważnej sprawie.

Na „dzikim Zachodzie”

Z błogosławieństwem prowincjała, o. Anzelma Kubita, w uroczystość św. Franciszka 4 października 1945 r., czterech ojców opuszcza mury krakowskiego konwentu i jedzie do Wrocławia, by otrzymać w tworzącej się kurii skierowanie na wyznaczone parafie. I tak: o. Eryk Dąbrowski został administratorem parafii we Lwówku Śląskim, o. Paweł Sarnecki w Szklarskiej Porębie, o. Ernest Białek w Lubinie, a o. Teofil Bazan w Jaworze, gdzie po kilku latach wytężonej pracy zmarł i spoczywa na miejscowym cmentarzu, wśród tych, którym bez reszty poświęcił ostatnie lata swego kapłańskiego życia.

Przyłączone do Polski tereny Dolnego Śląska, Pomorza, Warmii i Mazur otrzymują powszechnie używaną nazwę „ziem odzyskanych”, jednakże w opinii braci, którzy pracują w wyżej wymienionych parafiach, ze względu na powojenny chaos i brak bezpieczeństwa, jest to swoisty „dziki Zachód”, o czym piszą w listach kierowanych do swego zakonnego przełożonego w Krakowie. Początkowo sytuacja życiowa pod każdym względem jest daleka od normalności, jednakże wspominając te czasy, o. Ernest pisze: „wspólne dzielenie kłopotów i niebezpieczeństw najbardziej ujęło ludzi oraz zyskało uznanie i zaufanie u wszystkich, bez względu na przekonania religijne i polityczne”. W podobnej sytuacji pracują pozostali bracia, dla których, wobec daleko posuniętej grabieży wszelkich, posiadających wartość dóbr materialnych przez Armię Czerwoną, „ziemie odzyskane” stały się „ziemiami wyzyskanymi”. Ja nic nie mam i nic tu nie ma. Trzeba cały dzień uganiać się aby żyć, a tu jeszcze kościołem trzeba się zajmować” – skarżył się o. Eryk w początkach swego pobytu we Lwówku.


Całość w papierowym wydaniu Posłańca 5/2017

.