To u mnie rodzinne

To u mnie rodzinne


Studia to taki czas w życiu, który większość z nas wspomina po latach z rozmarzonym uśmiechem na twarzy. Przygody, ciekawi znajomi i tyle nowych wiadomości! Na emeryturze można usiąść wygodnie w fotelu, zaparzyć dobrej herbaty i powrócić myślami do tamtych dni. Można też poszukać ciekawych kierunków i… zapisać się na studia ponownie. Bo czemu nie?! Tak właśnie zrobił p. Mateusz Mraczek, który w październiku 2016 r. w wieku 75 lat ukończył w Krakowie studia podyplomowe z franciszkanizmu. I to z wynikiem bardzo dobrym!

Urodził się podczas wojny w Bukareszcie. Rodzice pochodzili z Bukowiny, z Czerniowiec. Mama studiowała medycynę we Lwowie, ale studia przerwała wojna. Śmieje się, że urodził się po wielkim trzęsieniu ziemi, przy świecach, bo w szpitalu wysiadła elektryka. Takie prorockie narodziny.

Pan Mateusz jest postacią barwną już ze względu na swoje korzenie i dzieciństwo. Rodzice mieli obywatelstwo rumuńskie, siostra mamy mieszkała w Bukareszcie, więc często tam przyjeżdżali z Mediaszu, który był ich domem. Później przyjechali do Polski, na Dolny Śląsk, a niedawno wyszło na jaw, że w żyłach p. Mateusza płynie i czeska krew. Taki obywatel świata. Mówiąc o swoich czeskich korzeniach z uśmiechem wspomina: Bohemistka Zofia Tarajło-Lipowska w swojej książeczce „Kapoan. O czeskim dla Polaków…” pisze, iż nie wiedziałem, że moje nazwisko znaczy po czesku „chmurka”. Dopiero Czech o nazwisku Synek rzekomo mi to wyjaśnił. A to tak nie było, choć tego Rudolfa Synka spotkałem w swym życiu.

Pan Mateusz studiował anglistykę w Warszawie. W ogóle nie wyobrażał sobie, że zostanie nauczycielem, ale wprowadzono obowiązek dwóch lat pracy w szkolnictwie. Etat znalazł się w stolicy Dolnego Śląska i tak przeniósł się do Wrocławia. Tam został do dziś.


Całość artykułu w papierowym wydaniu Posłańca

.