Siła nadziei – kilka historii

Trudno było mi napisać ten tekst. Termin oddania się kończył, a ja ciągle nic nie miałam. W dodatku czułam, że coraz bliżej jest do porodu dziecka, które noszę pod sercem. I wtedy przyszło olśnienie: jestem w ciąży, czyli „przy nadziei”. Może po prostu napisać o tej nadziei, którą noszę w sobie i o tej, która się narodziła dzięki błogosławionym wydarzeniom ostatniego roku?

Ostatni rok był dla mnie lekcją nadziei za sprawą trzech ważnych wydarzeń.

Zimą dowiedziałam się o tym, że moja kuzynka spodziewa się dziecka. Wraz z mężem starali się o nie wiele lat. Jeździli do wielu specjalistów, kuzynka trzymała wymagającą dietę. Nic się nie zmieniało. Przychodziło zniechęcenie, kiedy kolejni lekarze mówili, że tym razem już powinno się udać. A dziecka ciągle nie było. Modliłam się za nich, ale mnie samej po pewnym czasie zaczęło już brakować nadziei. Myślałam, że może tak już ma być, może taka jest wola Boża i trzeba ją zaakceptować. Czułam też jak wielkie jest to dla nich cierpienie. Wtedy do akcji wkroczył mój trzyletni syn, Staś. Jest chrześniakiem mojej kuzynki i prosiliśmy go żeby się pomodlił za „jego ciocię”. Więc się modlił. Za każdym razem, kiedy zaczynaliśmy wspólną modlitwę, Staś podnosił ręce i recytował w tempie wystrzału karabinu maszynowego: „Proszę Cię Boże, żeby moja ciocia miała dzidziusia”. I tak niezmiennie, nieustannie, nie pytając, czy jego modlitwa została wysłuchana. Po prostu się modlił. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, co będzie jeśli ta modlitwa nie może być spełniona. Jak mam to wytłumaczyć dziecku? Okazało się jednak, że przyszła wielka, radosna wiadomość. Stasia wcale nie zdziwiło, że ciocia ma dzidziusia. To było oczywiste. Większy miał problem z tym, jak się ma teraz modlić. Długi czas jeszcze zaczynał „Panie Boże proszę Cię, żeby moja ciocia...”.

Wierzyć wbrew nadziei

Jesienią zeszłego roku, dostałam informację, że moja dawna współlokatorka zachorowała na raka. Zaczęłam się od razu modlić, ale właściwie byłam pewna, że Jadzia musi wyzdrowieć. Ma młody organizm i na pewno uda się zwalczyć tę chorobę. Kolejne badania przynosiły jednak coraz gorsze wiadomości. W końcu operacja, dzięki której udało się usunąć główne ognisko nowotworu i jeden przerzut. Po operacji dwa cykle chemii, którą trzeba było przerwać, gdyż organizm Jadzi źle na nią reagował. Modliłam się dalej, ale nie wiedziałam, co mogłabym Jadzi powiedzieć. Nie mogłam zrozumieć dlaczego to wszystko się dzieje.

W tym czasie rozmawiałam z przyjaciółką Jadzi, Franką. Franka wcale nie była załamana ostatnimi wiadomościami. Twierdziła, że po prostu Bóg jakoś inaczej uzdrowi Jadzię, niekoniecznie dzięki chemii. Zrobi to na pewno, bo Jadzia musi być zdrowa. Zaczęłam protestować. Czy takie myślenie nie daje Jadzi złudniej nadziei? Nie można jej tak mówić, bo trzeba być otwartym na wszystko, żeby choremu nie zrobić większej krzywdy. Franka jednak nie dała się przekonać. Ona była pewna, że Jadzia będzie zdrowa. I gorąco się modliła, nie o troszkę, ale o wszystko. Nie o drobną poprawę, ale o całkowite uleczenie. Widać w niej było pewność wiary, niezachwianą nadzieję i wielką miłość do przyjaciółki. Niedługo po tej rozmowie dostaliśmy nową wiadomość od Jadzi. Bóg jest wielki! Przyszła poprawa. Pomyślałam wtedy, że modlić się muszę tak jak Franka -– ufnie, jak dziecko.


Więcej w papierowym wydaniu Posłańca 5/2018

foto: pixabay.com

.