Samospełniające się proroctwo

Samospełniające się proroctwo


Na zakończenie lata prowadziłem kilkudniowe rekolekcje dla jednego z instytutów świeckich. Były to Misjonarki Królewskości Chrystusa, które do życia powołał włoski franciszkanin o. Gemelii. Rekolekcje odbywały się w nadmorskiej miejscowości Dębki, znanej ze wspaniałej plaży. To, co pragnę opisać, wydarzyło się podczas jednego ze spacerów brzegiem morza w stronę zachodzącego słońca.

Nikomu nie trzeba tłumaczyć jak romantyczne są to chwile. I choć było już po sezonie turystycznym, a właściciele licznych plażowych barów i kawiarni likwidowali swoje nadmorskie lokale, wywożąc ich konstrukcje w głąb lądu, to jednak nie brakowało turystów spacerujących brzegiem morza. Przede wszystkim byli to starsi ludzie, którzy uciekając od gwaru miast, znajdowali w tym czasie w nadmorskich kurortach swoją chwilę, często zabarwioną niejednym pięknym wspomnieniem z przeszłości. Aż miło było na nich patrzeć. Wśród spacerujących od czasu do czasu pojawiała się młoda rodzinka z dzieciątkiem w nosidełku, bądź dwójką małych rozrabiaków, którzy w różny sposób „walczyli” z napływem morskiej fali, często robiąc przy tym harmider, który w sposób naturalny u jednych rozbijał podniosłość romantycznej chwili, a u innych wpisywał się w nią, niczym płomień zachodzącego słońca przeszywający na szaroniebieskim firmamencie nieba pojedynczą chmurę.

Jak pokonać odrzucenie?
Rozkoszując się tym wszystkim, siedziałem właśnie na pniu zwalonego drzewa tuż przy wpływie rzeki do morza, kiedy do tego miejsca przybyła czteroosobowa rodzina. Po zachowaniu rodziców mogłem stwierdzić, że są głuchoniemi lub niedosłyszący, ponieważ pomiędzy sobą porozumiewali się językiem migowym. Ich dwie córki w wieku wczesnoszkolnym świetnie orientowały się w pokazywanych znakach, same jednak pomiędzy sobą przekomarzały się poprawną polszczyzną. Nagle młodsza z nich, może sześciolatka, wpadła całym pędem do wody, ochlapując przy tym innych spacerowiczów. Ojciec dziewczynki, podbiegł do niej, mocno uchwycił za rękę i kilkakrotnie donośnym głosem, ale z wielką trudnością, wypowiedział: „łobuz, łobuz…”. Przyglądałem się tej scenie z uwagą. Spostrzegłem, że w tym samym czasie starsza z dziewczynek podbiegła do mamy i tuląc się do niej, otrzymała pełne ciepła głaski, które wzmacniały rodzicielską miłość. Tymczasem ukarana przez ojca łobuziara zwiesiła głowę, w małych oczkach pojawiły się łzy, a na twarzy grymas zawziętości. Wypuszczona z uścisku dłoni ojca podbiegła w moją stronę i wpatrując się w starszą siostrę, niczym porzucone kaczątko, stała tak w bezruchu. Nikt też na nią nie zwracał uwagi. Tata bowiem, wymieniając zdania był obrócony do mamy, która z wielką uwagą wpatrywała się w jego dłonie. Starsza siostra, przyczepiona do lekkiej sukienki mamy również całą sobą koncentrowała się na dialogu rodziców, a spacerowicze zajęci sobą, podziwiali piękno zachodzącego słońca. Mały człowiek był sam!


Całość artykułu w papierowym wydaniu Posłańca

.