Samarytanin, czyli o dostrzeganiu człowieka

Samarytanin, czyli o dostrzeganiu człowieka

Historia Samarytanina, którą Jezus opowiedział pewnemu uczonemu w Piśmie, jest w istocie refleksją nad procesem rozpoznawania kto jest moim bliźnim. Kluczowym słowem jest tu słowo bliźni, które zasadniczo oznacza osobę bliską, należącą do tej samej wspólnoty sąsiedzkiej lub rodowej.

Według nauki Jezusa, każdy człowiek jest bliskim drugiego człowieka, ponieważ wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi i braćmi między sobą. Jest tak wówczas, kiedy patrzymy na drugiego oczami Jezusa, wtedy dostrzegamy Go także w obliczu każdego człowieka, spotkanego na naszej drodze.

Z Jeruzalem do Jerycha

Opowiadanie zaczyna się od stwierdzenia: Pewien człowiek schodził z Jeruzalem do Jerycha… Ziemia Święta jest zasadniczo terenem pagórkowatym, dlatego każda podróż jest albo wspinaniem się w górę, albo schodzeniem w dół. Dlatego w Biblii na opisanie czynności przemieszczania się używa się zazwyczaj czasowników wchodzić lub schodzić, zależnie od kierunku wędrówki. Jerozolima jest jednym z najwyżej położonych miast w Judei, a zatem do Jerozolimy zawsze się wchodzi. Położenie ilustruje także znaczenie miasta, jest to Miasto Święte, miasto Boga, do którego idzie się zawsze „pod górę”, czyli w kierunku Boga.

Ten który „schodzi”, oddala się od Boga, czyli zbliża się do terenów zarażonych obojętnością, bezbożnością i grzechem. Jerycho było położone na peryferiach Judei, w pobliżu terenów pogańskich. Warto może sobie uświadomić, że różnica wysokości pomiędzy Jeruzalem a Jerychem to ponad tysiąc metrów! Cały czas w dół! Człowiek z przypowieści oddalał się zatem radykalnie od Boga w kierunku tych rejonów, gdzie był narażony na poważne niebezpieczeństwo. Ten, kto się oddala od Boga, sam pozbawia się ochrony i gwarancji bezpieczeństwa. Tak więc człowiek z przypowieści wpadł w ręce zbójców, którzy go „obdarli” – nie tylko pozbawili go dóbr materialnych, ale także godności człowieka, zostawiając go na skraju drogi na pastwę losu… i bliźnich.

W którym kierunku?

Według tłumaczenia Biblii Tysiąclecia przechodził tą drogą pewien kapłan. W tekście oryginalnym mamy jednak ten sam czasownik, co w poprzednim wersecie: schodził. To znaczy, że on także szedł z Jerozolimy do Jerycha. Dokładnie w tym samym kierunku, co poszkodowany. On także oddalał się od Boga, od Świątyni, od miejsca, które było dla niego miejscem właściwym z racji pełnionej funkcji. Człowiek, który oddala się od Boga, schodzi w dół, a „dół” jest także symbolem określonej sfery moralnej, nie widzi dobrze. Nie dostrzega drugiego człowieka jako człowieka, jako swojego bliźniego, umiłowanego przez Boga i będącego jego bratem. Owszem, widzi sytuację, zauważa problem, ale nie czuje się wezwany do rozwiązania tego problemu. To samo dotyczy zresztą lewity. On „tak samo” schodził do Jerycha, miasta grzechu i raju celników. Oddalenie się od Boga znieczula, zaślepia, rozmazuje ostrość widzenia, zobojętnia,  sprawia, że człowiek nie umie odczytać Bożych znaków.

Natomiast o Samarytaninie Jezus nie mówi, że schodził, tylko, że był w drodze. Jeżeli człowiek jest „w drodze”, to znaczy, że ma jakiś określony cel swojej wędrówki. A cóż innego może być celem życiowej wędrówki człowieka, jak nie Jeruzalem, Miasto Święte, gdzie mieszka Bóg? Co może być prawdziwym i jedynym jego celem, jak nie spotkanie z Bogiem? Samarytanin szedł zatem we właściwym kierunku, dlatego dostrzegł w nieszczęśniku leżącym przy drodze człowieka. Czyli bliźniego, któremu trzeba pomóc, ponieważ on jest także dzieckiem Bożym i moim bratem. Dlatego się zatrzymał. Bo spotkanie z bliźnim znajdującym się w potrzebie jest o wiele ważniejsze niż dotarcie do Świątyni Jerozolimskiej, aby oddać chwałę Bogu.


Całość artykułu w papierowym wydaniu Posłańca 3/2017

foto: pixabay.com

.