Opatrywanie ran Chrystusa

Było to w okresie międzywojennym. Pewna pani była zdziwiona, a nawet zdegustowana, że powstaje zawód świeckiej pielęgniarki. To przecież zajęcie uwłaczające godności porządnej kobiety, zawód poniżający, głupawy. „Widać nie taki jednak głupawy, skoro sławny prof. Chrzanowski, posyła swoją córkę do szkoły pielęgniarskiej”. „To już Chrzanowscy tak nisko upadli?” – zripostowała owa pani...

Bohaterką tej historii jest beatyfikowana 29 kwietnia 2018 r. w krakowskim Sanktuarium w Łagiewnikach, Hanna Chrzanowska. Urodzona 7 października 1902 r., pochodziła z rodziny arystokratycznej. Jej ojciec był słynnym profesorem polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, spokrewnionym z Joachimem Lelewelem i Henrykiem Sienkiewiczem. Matka natomiast pochodziła z niezwykle zamożnej rodziny warszawskiego przemysłowca, właściciela firmy garbarskiej, Karola Szlenkiera. Bez wątpienia rodzina matki wywarła na Hannę duży wpływ. Dziadek, choć posiadał ogromny majątek, znany był ze swej dobroczynności. Wprowadził ubezpieczenie zdrowotne dla swoich pracowników, dla ich dzieci otworzył finansowaną z własnych środków szkołę. Do jego drzwi nieustannie pukali ludzie potrzebujący, a on nigdy nie odprawiał ich z niczym. Dziadek Hanny swój majątek podzielił między czwórkę dzieci, a część przekazał na działalność charytatywną. Dzieci, idąc śladem ojca, starały się dzielić swoim majątkiem z potrzebującymi. Najbardziej wyróżniała się jednak w tym ciotka Hanny, Zofia Szlenkierowa. Dla młodej Hani ciocia Zofia była bohaterką.

Anioł w czepku

Wybór zawodu pielęgniarki Hanna zawdzięcza właśnie swej ciotce – Zofii Szlenkierowej. Swoją część odziedziczonego majątku przeznaczyła ona na budowę nowoczesnego szpitala, gdzie bezpłatnie mogły się leczyć dzieci ze wszystkich środowisk. Ciotka nie poprzestała na ufundowaniu zakładu. Choć w tamtych czasach kształcenie kobiet było utrudnione, podjęła studia medyczne, po to, by poznać jak najlepiej potrzeby szpitala i chorych. W późniejszym czasie studiowała także za granicą u prekursorek nowoczesnego pielęgniarstwa. Swoją wiedzą mogła się dzielić zarządzając ufundowanym przez siebie szpitalem im. Karola i Marii Szlenkierów.

Hanna wspominała, że kiedyś jako dziecko musiała pójść przeprosić ciotkę za jakieś drobne przewinienie. Usłyszała wtedy: „Nic się nie stało Haniu. A Ty też zrobisz coś wielkiego, jak dorośniesz, prawda?”. Chrzanowska zapamiętała dobrze tę rozmowę, bo pokładane w niej nadzieje odczuwała jako ogromny ciężar. Bo jak dorównać cioci-bohaterce?

Drugim doświadczeniem z dzieciństwa, jakie zaważyło na losach Hanny, była choroba, która ściągnęła ją do szpitala ciotki. Młodziutka Chrzanowska zachorowała na czerwonkę. Jej stan był na tyle poważny, że skierowano ją do szpitala. Choć rodzice bardzo starali się tego uniknąć, okazało się, że dla ich córki nie stanowiło to żadnego problemem. Wielokrotnie już tam bywała, bo ciotka zabierała ją na wycieczki na plac budowy, pokazując dzieło swego życia. Hania pamiętała dobrze salę, na której leżała. Ściany ubarwione wesołymi wzorkami i przyjazną atmosferę. Najważniejsza okazała się jednak dla niej pielęgniarka, która się nią opiekowała, pani Aniela. Hania pokochała ją całym sercem, za jej troskliwą opiekę. Mała pacjentka wspominała noce, kiedy pielęgniarka czuwała przy jej łóżku. Hania zapamiętała jej delikatność, cichość, miły głos.

Roześmiane licealistki

Gdy Hania uczyła się w liceum, dobiegała końca I wojna światowa. Wiele młodych dziewcząt, także tych „z dobrych domów”, włączyło się w pomoc masowo napływającym z frontu żołnierzom. Hania odbyła krótki kurs prowadzony przez wysłanników amerykańskiego Czerwonego Krzyża i przyłączyła się do pomocy żołnierzom. Jak wspominała, dziwiła się, że lekarze darzyli pomagające dziewczęta dużym zaufaniem. Hania i jej koleżanki nie tylko rozdzielały herbatę żołnierzom, ale także zakładały skomplikowane opatrunki i wykonywały prostsze zabiegi chirurgiczne. Jeszcze przed podjęciem opieki nad rannymi, Hanna, chcąc się oswoić z widokiem krwi, poprosiła swoją koleżankę, której ojciec był ginekologiem, by ten zdobył dla niej pozwolenie na obserwowanie operacji. Chrzanowska wraz z koleżanką często żartowała i humorem starała się jakoś złagodzić cierpienia rannych. To pomagało jej nieść ciężar wojennego cierpienia, z którym nieustannie się stykała.


Więcej w papierowym wydaniu Posłańca 3/2018

.