On mnie tam ciągnie…

Był koniec czerwca 1949 r. Ojciec prowincjał zarządził, że niewielka grupa kleryków krakowskich pojedzie na wakacje do Lubomierza koło Mszany Dolnej.

Lubomierz to niewielka miejscowość położona u stóp Gorców, skąd w kilka godzin można dotrzeć na króla tamtejszych wzniesień, czyli na Turbacz. Miasto cieszy się z drewnianego kościółka, przy którym znajduje się franciszkański klasztor.

Ojciec Czesław

W tym klasztorze, w tamtych trudnych czasach, ukrywał się przed UB o. Andrzej Klimuszko. Ukrywał się pod zmienionym imieniem. Dla nas, kleryków, był o. Czesławem [to imię chrzcielne o. Andrzeja – przyp. red.], a jego nazwiska nie wolno nam było wymieniać. Wiedzieliśmy tylko, że potrafi przewidywać przyszłość i mimo braku medycznych studiów, umie wyleczyć z groźnych chorób. Nie wolno nam było jednak nic o tym mówić, a on trzymał w tajemnicy swoje możliwości. Tylko w nadzwyczajnych wypadkach okazywał pomoc lekarską. Był więc dla nas postacią tajemniczą.

Kto na niego spoglądał, odczuwał lęk, nawet strach. Ta jego czupryna wywyższająca postać, przy szczupłej twarzy i niewielkim zaroście, powodowała u nas niepokój. Baliśmy się go, choć nigdy na to nie zasłużył.

O. Andrzej codziennie rano odprawiał Mszę Świętą. Nie był wielkim kaznodzieją. Jego homilie były krótkie, właściwie niedokończone. Pewnego dnia zapytaliśmy go, dlaczego tak krótko mówi, bez zakończenia? Jego odpowiedz była jasna: „W czasie kazania prowadzę wojnę ze sobą. Moim przeciwnikiem są nieustanne natarczywe tematy, narzucające się, gdy mówię. Przeszkadzają mi mówić dalej, denerwują mnie, dlatego przerywam kazanie, byle jak je kończąc”...


Całość artykułu w papierowym wydaniu Posłańca 2/2017

.