O. Maksymilian i o. Wenanty – niezwykła przyjaźń

Drogi współczesnych sobie świętych w przedziwny sposób schodzą się. Tak było chociażby w przypadku św. Franciszka i św. Klary, św. Jana Pawła II i św. Matki Teresy. Podobnie też w życiu św. Maksymiliana Kolbego pojawił się sługa Boży o. Wenanty Katarzyniec, o którego świętości on jako pierwszy zaświadczył, polecając jednocześnie podjęcie starań o jego beatyfikację.

Pamiętne spotkania

Spotkali się po raz pierwszy w sierpniu 1908 r. u franciszkanów we Lwowie. Rajmund Kolbe był tam uczniem tzw. małego seminarium, a Józef Katarzyniec – straszy od niego o 5 lat – przybył właśnie, aby rozpocząć nowicjat. To pamiętne spotkanie przy kamiennym stole w ogrodzie klasztornym wywołało na Rajmundzie takie wrażenie, że po latach je wspominał: „Nie zapomnę nigdy skromności, jaka tchnęła z całej jego postaci. W świeckim ubraniu, w wieku około dwudziestu lat, trochę nieśmiały, w ruchach poważny, ale bez wymuszenia, w mowie raczej skąpy, ale roztropny. Nie pamiętam już szczegółów rozmowy tylko ogólne bardzo pozytywne wrażenie, jakie pozostało mi na zawsze”.

Całe dwa miesiące spędzili razem podczas wakacji w Kalwarii Pacławskiej w 1912 r. Wtedy poznali się bliżej. Różniły ich temperamenty, charaktery, osobowości, ale łączyły ich wspólne ideały i pragnienia. Obaj patrzyli na życie w sposób nadprzyrodzony, z przekonaniem, że jedynie zupełne podporządkowanie się Bogu i wytrwała gorliwość może przynieść zdumiewające efekty. Niewiele mamy informacji o ich spotkaniach i rozmowach. Wiadomo jednak, że pozostali sobie bliscy i dzielili ze sobą wspólne idee. Patrząc po ludzku, ich drogi zupełnie się rozeszły. Nawet wtedy, kiedy o. Wenantego jako magistra nowicjatu zastąpił we Lwowie o. Maksymilian, który przyjechał z Krakowa, nie było im dane się spotkać, bo ten był już w Hanaczowie, gdzie miał odpocząć i nabrać sił.

Listy

Cały czas jednak pozostawali w kontakcie listowym, co potwierdza zachowana szczęśliwie korespondencja o. Wenantego do o. Maksymiliana.  Ile było między nimi serdeczności i duchowej jedności, świadczą chociażby słowa zawarte we wstępie jednego z listów: „Chociaż właściwie nie mam co pisać, ale że serce nie chce zgodzić się na milczenie, więc piszę”. Schorowany o. Wenanty nieustannie prosił swojego przyjaciela o wsparcie: „Proszę się pomodlić za mnie, żebym się umiał dostosować we wszystkim do woli Bożej”. Wiemy też, że obiecali sobie wzajemną, dozgonną pamięć podczas odprawiania Mszy Świętej. Ich przyjaźń była pełna wzajemnego podziwu, szacunku i troski.


Więcej w papierowym wydaniu Posłańca 4/2018.

.