Nie lubię próżno siedzieć

Nie lubię próżno siedzieć


Od dwudziestu lat br. Józef Bałaban z krakowskiego klasztoru robi różańce. Proste a niezwykłe, szczególnie dla każdego, kto zna ich historię. W klasztornym ogrodzie sam uprawia rośliny, z których zbiera naturalnie opancerzone nasiona, służące mu potem jako koraliki do różańców.

Między furtą a ogrodem
Brata Józefa najłatwiej można spotkać na furcie, w ogrodzie, albo w kaplicy, do której często zagląda, także poza czasem odmawianych we wspólnocie modlitw. Jest jak pogotowie, kiedy rozerwie się koronka franciszkańska, przypięta do habitu, zahaczona w biegu o poręcz, klamkę czy klucz w drzwiach. Naprawi od ręki. Jest bardzo uczynny, a przy tym zawsze pogodny. Widać, że cieszy go życie w klasztorze. Wczesnym popołudniem przynosi braciom do drzwi korespondencję, którą listonosz dostarcza na furtę. Pamięta też o złożonym chorobą przyjacielu, br. Witoldzie, którego codziennie odwiedza.
O franciszkanach dowiedział się z „Rycerza Niepokalanej”, którego prenumerowano w rodzinnym domu w Trześniowie na Podkarpaciu. Zgłosił się do Niepokalanowa. Dziś wspomina, śmiejąc się: Mama mówiła: co tak daleko? Nie możesz do jezuitów, bliżej, do Starej Wsi? Ja nie chciałem. Chciałem do franciszkanów. Rodzice żadnych przeszkód nie robili. Odwieźli mnie jeszcze na stację do Iwonicza. W Niepokalanowie wybijał medaliki. Po półrocznym doświadczeniu w klasztorze św. Maksymiliana wrócił jednak bliżej rodzinnych stron. W Krakowie przyjął go o. Ireneusz Żołnierczyk, ówczesny komisarz prowincji, gdyż prowincjał o. Wojciech Zmarz był w tym czasie więziony przez komunistów. Z Krakowa szybko został skierowany do Gołonogu. Jak na franciszkanina nie przenosił się zbyt często. Później było jeszcze Jasło, dalej Radomsko, a od 1982 r. do dziś jest w Krakowie. Zazwyczaj pracował w ogrodzie, a w Krakowie dodatkowo jeszcze na furcie.

Pracy i miłości do ziemi nauczył się od rodziców. Z domu wyniósł też wrażliwość na innych, dbałość o wspólne dobro, poczucie wystarczalności w tym, co do życia konieczne. Wspomina tamte czasy: Była pomoc sąsiedzka. Nie było maszyn. Były sierpy, kosy. Jeden drugiemu pomagał. Ludzie mieli sporo roboty, harowali, ale nie narzekali, cieszyli się. I była korzyść z tego. Dziś jest inaczej. Nawet na wsi ludzie trawę wykoszą i są zadowoleni, a warzywa kupią w supermarkecie. U nas też. Dawnej przy każdym klasztorze ogród musiał być. Choćby parę grządek, ale jednak się uprawiało. Na sałatę to się czekało, żeby tylko wzeszła, a dziś sałata jest cały rok, można ją kupić tanio. Nie opłaca się uprawiać ogrodu. Sam jednak klasztorne grządki uprawia. W samym sercu Krakowa...


Całość artykułu w papierowym wydaniu Posłańca

.