Natuzza Evolo – włoska mamma, mistyczka i stygmatyczka

O. dr Andrzej Gutkowski – franciszkanin z krakowskiej Prowincji św. Antoniego i bł. Jakuba Strzemię, specjalista z nauki o Ojcach Kościoła, od lat 90. współpracuje z Neokatechumenatem i z katolicką Odnową charyzmatyczną. Wiele lat przebywał we Włoszech, gdzie był duszpasterzem różnych środowisk ruchów Odnowy Kościoła, tam też był związany z jedną z pierwszych we Włoszech wspólnot Odnowy w Duchu Świętym.

Spotykamy się w deszczowy, nieco ponury jesienny dzień. A już niedługo uroczystość Wszystkich Świętych, która w naszej tradycji jest związana z czasem zadumy, z częstszym niż zwykle odwiedzaniem cmentarzy, modlitwą za naszych zmarłych. Jak pogodzić franciszkańską radość życia z odchodzeniem kogoś bliskiego? Jak się cieszyć z tego, że Pan Bóg dał nam ten piękny świat, kiedy nie za dobrze nam tutaj, w tym życiu?

Nie ma czegoś takiego jak TO życie. Tak naprawdę nie ma rozdziału między tamtym i tym światem, bo mamy jedno życie, dane nam przez Boga na wieki. Świetnie pokazuje to przykład Natuzzy Evolo, współczesnej mistyczki i stygmatyczki z Kalabrii. Ale trzeba by spojrzeć na to szerzej. Widzę nieraz osoby przychodzące na spotkania Odnowy, które ze wzruszeniem mówią: to jest nasza Ziemia Święta. Mówią tak, ponieważ nigdy nie mieli do czynienia z żywym Kościołem, ze wspólnotą, która umożliwia kontakt z prawdziwym Bogiem. I czasem ludzie mnie pytają, dlaczego nie jadę do znanych miejsc pielgrzymkowych, czy np. do Ziemi Świętej – nie muszę, bo wspólnota to takie miejsce, gdzie można dotykać żywego Boga. Nie muszę też szukać jakiejś nadzwyczajności czy zatrzymywać się tylko na praktykach pobożnościowych.

Które same w sobie nie są złe…

Nie są. Ale chodzi o coś zupełnie innego. O żywą obecność Pana w naszym życiu. Kiedyś towarzyszyłem jednej ze wspólnot i tam pewnej rodzinie zmarło na raka kilkuletnie dziecko. Mama podczas pogrzebu wspomniała, że przed śmiercią malec mówił: Nie płacz, mamusiu, nie rozpaczaj, bo ja za chwilę zobaczę Jezusa. Uczestnicy pogrzebu byli tak wstrząśnięci tym świadectwem, że później przyszli na katechezy neokatechumenalne, by zrozumieć, o co w tym chodzi i jak to w ogóle możliwe, by z takim spokojem mówić o śmierci. Podobnie było z młodą mężatką ze Wspólnoty Maryja katolickiej Odnowy Charyzmatycznej, Chiarą Corbello Petrillo, której proces beatyfikacyjny rozpoczął się w tym roku. Kiedy była w ciąży z trzecim dzieckiem (dwoje pierwszych zmarło zaraz po narodzinach) okazało się, że sama jest chora na raka. Odmówiła poddania się leczeniu, aby mogło się narodzić zdrowe jej dziecko, które ona sama przeżyła zaledwie o rok. Mimo to z wielkim spokojem mówiła o własnej śmierci. Nagrania z jej udziałem można znaleźć w Internecie.

Widziałam kilka, są niezwykle poruszające, a Chiara zachwyca pięknem, radością, młodością… Wróćmy do Natuzzy. Czy Ojciec spotkał się z nią osobiście?

Nie. Znam natomiast dość dobrze człowieka, który całkowicie zmienił swoje życie po spotkaniu z nią. To Luciano Regolo, dziennikarz, autor wielu książek, w tym kilku o Natuzzy. Jedna z nich pt. Il miracolo di una vita to książka, która we Włoszech rozeszła się jak przysłowiowe ciepłe bułeczki i przemieniła życie wielu ludzi. Tu trzeba dodać, że położona na południu Włoch Kalabria i maleńkie miasteczko Paravati, gdzie całe życie spędziła Natuzza, to niesłychanie ubogi region, znany przede wszystkim z silnych wpływów włoskiej mafii. Tam, gdzie mieszkała Natuzza z rodziną, działały prostytutki. Było to bardzo ubogie środowisko, nawet matka Natuzzy nie cieszyła się dobrą opinią. I do takich miejsc, naprawdę ostatnich, przyszedł z miłością Pan Jezus.

.