My po prostu mamy z nimi być

My po prostu mamy z nimi być


25 grudnia 2016 roku przypada setna rocznica śmierci Brata Alberta. Z tego względu razem z br. Pawłem Flisem, przełożonym generalnym Zgromadzenia Braci Albertynów, chcielibyśmy przybliżyć Wam, drodzy Czytelnicy, jego historię, ideały i opowiedzieć nieco o posłudze jego następców.

Jak student stał się powstańcem
Życiorys miał bogaty – tak br. Paweł zaczyna opowiadać mi o Adamie Chmielowskim. – Wziął udział w Powstaniu Styczniowym. Stając naprzeciw regularnej armii rosyjskiej, miał zaledwie 18 lat. To świadczy nie tylko o jego młodzieńczej fantazji, ale także o wielkim bohaterstwie i odwadze. W czasie walk stracił nogę. Żeby nie zostać zesłanym na Sybir, uciekł na Zachód. Początkowo, za namową rodziny, kształcił się na inżyniera. Potem podjął studia artystyczne. Najpierw w Paryżu, później w Monachium. Był autorytetem dla swoich kolegów, do których należeli m.in. Stanisław Witkiewicz i bracia Gierymscy. Liczyli się z jego zdaniem nt. malowanych przez siebie obrazów. Jak powiedział, że coś trzeba zmienić, to zmieniali – podkreśla br. Paweł. Jeśli chodzi o sztukę, był idealistą. Sprzeciwiał się malowaniu na sprzedaż. Zachowały się fragmenty jego listów, z których widać, jak dużo od siebie wymagał. Twierdził, że sztuka jest prawdziwa tylko wtedy, gdy opowiada o Bogu. Chciał się uświęcać, by tworzyć lepsze obrazy. Dlatego w 1880 r. wstąpił do nowicjatu jezuitów. Tam Pan Bóg go zupełnie rozbroił, pokazując mu, że człowiek nie jest święty według własnej miary, ale według miary Boga. Prawdopodobnie Adam próbował rzucić palenie. To mu się nie udało. Wpadł w samopotępienie. Odesłano go do szpitala psychiatrycznego. Nie potrafiono mu pomóc. Dopiero spotkanie z mądrym kapłanem, który opowiedział Adamowi o Bożym miłosierdziu, postawiło go na nogi.

Jak malarz stał się tercjarzem
Będąc już w Krakowie, – kontynuuje opowieść br. Paweł – młody malarz zainteresował się sytuacją osób bezdomnych. Działając w Konferencji Charytatywnej św. Wincentego a Paulo, miał okazję być w ogrzewalni miejskiej nad Wisłą przy ul. Piekarskiej. Schodzili się tam bezdomni, żebracy, przestępcy, alkoholicy. Były kobiety i dzieci. Miejsce było bardzo mroczne. Adam stwierdził, że nie może ich tak zostawić. Zaczął im pomagać. Wkrótce przyjął habit tercjarski i już jako Brat Albert podpisał z gminą Kraków umowę na opiekowanie się tą ogrzewalnią. Nie miał w planach zakładania zgromadzenia, niemniej jednak pociągał swoim przykładem innych i niedługo niektórzy młodzi spośród bezdomnych, którym służył, chcieli przyłączyć się do niego. Tak powstała pierwsza wspólnota braci przy ul. Piekarskiej. Po pewnym czasie powstała też wspólnota sióstr. Pierwsze z nich zostały obłóczone w habity w kaplicy arcybiskupa krakowskiego przy ul. Franciszkańskiej. To świadczy jak bardzo Kościół krakowski, w osobie kard. Dunajewskiego, rozumiał i doceniał to dzieło. Mijały lata wiernej posługi ubogim. Brat Albert umarł w 1916 r. w dzień Bożego Narodzenia, a jego dzieło trwa do dziś.


Całość artykułu w papierowym wydaniu Posłańca

.