Muzyka jak modlitwa. 50-lecie zespołu „Fioretti”

Czy znacie taki zespół muzyczny, który występuje nieprzerwanie od 50 lat, gromadząc na koncertach liczne rzesze fanów? Jego członkowie się nie starzeją, choć nie korzystają z pomocy alchemików ani z żadnych zabiegów medycyny estetycznej. Jak to możliwe? Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Dowodem na to jest „Fioretti”.

Ładne kwiatki

Cofnijmy się na chwilę w przeszłość. Grupa uformowała się w 1968 r. w Wyższym Seminarium Duchownym Franciszkanów w Łodzi-Łagiewnikach, odpowiadając na zapotrzebowanie środowisk chrześcijańskich, w których pojawiły się inicjatywy założenia zespołów muzycznych wzorowanych na modnych wówczas „The Beatles” czy „The Rolling Stones”. Zadebiutowali 24 grudnia 1968 r. dając koncert kolęd podczas kolacji wigilijnej w klasztorze. Nazwa jest zupełnie przypadkowa. Ówczesny gwardian, o. Klemens Śliwiński po prostu oznajmił: „Wy będziecie nazywać się Fioretti (czyli kwiatki [św. Franciszka])”. I tak zostało do dziś.

W 1969 r. zespół przeniósł się wraz z jego członkami do Krakowa, a 11 października 1970 r. w Bazylice św. Franciszka w Krakowie, odbył się pierwszy koncert i szybko zdobył popularność. Skład stale ulegał zmianom związanym z zakończeniem nauki w seminarium. Nowi członkowie odmieniali zespół i jego brzmienie. Zmieniały się instrumenty i formy muzyczne, a grupa cieszyła się coraz większą popularnością, odnosząc liczne sukcesy. Trzeba podkreślić, że zespół oprócz aplauzu spotykał się w seminarium również z krytyką, ale pomimo to funkcjonował nadal.

On Cię woła szumem wiatru…

Pisząc ten tekst zastanawiałam się, co powiedzieliby na temat zespołu jego członkowie z różnych lat. Jak wspominają swoje występy? Zaprosiłam do rozmowy kilku braci.

W „Fioretti” znalazłem się przypadkiem, będąc na drugim roku w seminarium – wspomina o. Andrzej Prugar, który w latach 1985-1990 pełnił funkcję lidera, solisty, komentatora oraz muzyka (grał na 12-strunowej gitarze). Aktualnie jest wykładowcą homiletyki oraz ojcem duchownym WSD Franciszkanów w Krakowie. – Choć jako ministrant, w Kalwarii Pacławskiej podczas Wielkiego Odpustu, słuchałem zespołu z zapartym tchem, to jednak nie myślałem o tym, aby być w nim. Po pierwszym roku odszedł jednak jeden z braci. Zespół potrzebował wzmocnienia wokalnego i nie wiem jak, ale bracia przekonali mnie do prób i wejścia do zespołu.

O. Jarosław Zachariasz, były prowincjał Prowincji św. Antoniego i bł. Jakuba Strzemię, który aktualnie zajmuje się formacją braci w Oxfordzie, wspomina swój pięcioletni pobyt w „Fioretti” jako czas obfitującej w łaski Bożej przygody. Był wokalistą, kompozytorem, prowadził koncerty, grał na fortepianie.

Wszystkie długotrwałe przedsięwzięcia z reguły opierają się na tradycji i stałych formach działań. Organizacja i funkcjonowanie „Fioretti” zawsze wyglądały podobnie – na każdy występ grupa musi uzyskać zgodę ojca rektora, który jest jej bezpośrednim przełożonym. Działalność muzyczna kleryków nie może kolidować ze studiami i nie zwalnia z obowiązków w seminarium. To nigdy nie jest łatwe.

Trzeba było sprostać studiom – wspomina o. Andrzej. – Nauki w seminarium jest sporo. Tylko Adwent i Wielki Post były wolne od koncertów. Pozostałe soboty i niedziele to były wyjazdy w Polskę. Dwa dni w drodze, kilka Mszy Świętych w niedzielę, potem koncert (ok. dwóch godzin) i powrót do seminarium w niedzielę, w nocy. Od rana w poniedziałek wykłady. Jakaś łaska była w tym, że dawaliśmy radę, choć łatwo nie było.

Rozpal mnie

„Fioretti” jako chyba jedyny zespół ma swojego patrona, którego grób odwiedzają regularnie kolejne pokolenia członków. Jest nim Otto Schimek –  19-letni austriacki żołnierz przymusowo wcielony do Wermachtu, który w 1944 r. odmówił wykonania rozkazu (miał zabić niewinne osoby). Sąd wojskowy skazał go na karę śmierci i został rozstrzelany przez własny pluton. Jak to się stało, że został patronem franciszkańskiego zespołu? Wśród braci krąży niezwykła historia. Otóż członkowie grupy wracali z koncertu, jadąc za wypełnionym balami drewna samochodem ciężarowym. W Machowej koło Tarnowa zdecydowali się nagle odwiedzić grób Schimka, o którym wcześniej słyszeli. Gdy ruszyli dalej, zobaczyli drogę zasłaną balami drewna i rozbitą ciężarówkę. Wizyta na cmentarzu uchroniła ich od wypadku, a być może – ocaliła życie.

Uczyń mnie modlitwą

Koncerty „Fioretti” zawsze rozpoczynają się i kończą modlitwą. Z czasem za największe wyzwanie uznaliśmy wspólnie zachowanie właściwej proporcji pomiędzy tym, co jest modlitwą, a muzycznym koncertem. Naszą największą ambicją stało się więc stworzenie podczas spotkania ze słuchaczami klimatu modlitwy, przestrzeni Bożej, a nie własnej chwały. Z tej też racji jedną z płyt zatytułowaliśmy „Uczyń mnie modlitwą”, w nawiązaniu do św. Franciszka, który według najstarszych biografów nie tyle się modlił, ile był samą modlitwą – dzieli się refleksją o. Jarosław. – Wyzwaniem było też pokonanie dysproporcji pomiędzy aspiracjami zespołu, a realnymi możliwościami jego członków. „Fioretti” tworzyli zawsze bracia o różnym poziomie edukacji i kultury muzycznej. Końcowy efekt, czy to na scenie, czy na płycie, zawsze jest jakąś wypadkową ich umiejętności i pracowitości. Jest też owocem jakiegoś kompromisu, który poprzedza pokora – nie bez znaczenia w zespole franciszkańskim. Warto jednak dodać – podsumowuje o. Jarosław – że te dwa największe według mnie wyzwania wcale się nie wykluczają. Modlitwa w formie muzyki i śpiewu powinna być piękna i oddawać chwałę Temu, który jest Pięknością. Będzie taka, jeśli zadbamy o jej odpowiedni poziom.


Więcej w papierowym wydaniu Posłańca 5/2018

.