Moja droga do klasztoru

Nie wiem jakim trafem, ale tego lata byłem dwa razy na rekolekcjach powołaniowych. Pierwszy raz w lipcu w Czernej k/Krzeszowic u karmelitów. Tam przymierzałem nawet ich brązowy habit, ale jakoś mi nie pasował. Drugi raz byłem w Niepokalanowie, zaledwie miesiąc po poprzednich…

Było lato, czas intensywnych prac polowych: sianokosy, żniwa (wtedy robiło się wszystko ręcznie – oprócz koszenia). Tata nie pozwalał mi na żadne wyjazdy, nawet na zbiórki ministranckie wyjść nie mogłem, bo była praca w polu albo pasienie krów – trzymając je na powrozie (przywilej młodych i dziadków). Ale tamten rok był inny, bogaty w wydarzenia: strajki robotnicze, umacniała się Solidarność, stan wojenny. W tych trudnych czasach ludzie bardziej garnęli się do Boga. Było też łatwiej rozbudzić ducha patriotyzmu w człowieku.

Zamyślenie taty

Na komisji wojskowej otrzymałem pierwszą kategorię zdolności do służby wojskowej i chciałem iść do wojska. Obecnie nadal lubię tę dziedzinę życia, choć nie wiem, co by się ze mną stało, gdybym otrzymał kartę poborową. Podczas rozmowy na komisji pułkownik oświadczył mi: proszę pracować, nie zwalniać się, wezwiemy was! No to czekałem na wezwanie… Ale Pan Bóg był szybszy od armii, zapraszając mnie na swoją służbę. Gdyby nie powołanie zakonne, na wiosnę na pewno wzięliby mnie „w kamasze”. Poszedłem jednak do innego „wojska” – wojska Niepokalanej.

Tam, gdzie pracowałem zanim poszedłem do zakonu, było straszne pijaństwo. Nie mogłem już wytrzymać tego napięcia, więc na miesiąc przed wyznaczonym terminem wyjazdu do zakonu, wziąłem urlop bezpłatny. Może w ten sposób Pan Bóg chciał mi jeszcze bardziej potwierdzić obraną drogę życia. 19 lat – czy jest to dobry wiek, aby opuścić rodziców i pójść „na swoje”?

W przeddzień wyjazdu, czyli 15 listopada 1981 r. wieczorem, mówię do taty:

Jutro wyjeżdżam do klasztoru.

Tata zamyślił się… spoważniał i powiedział:

A po co tam pojedziesz? Masz tutaj dom, pracę, ożenisz się, będziesz z nami mieszkał. Źle ci tutaj?

Odpowiedziałem:

Już postanowiłem, nie mogę zmienić zdania. Wszystkie dokumenty i wyprawka są przygotowane. Kiedy byłem w sierpniu na rekolekcjach powołaniowych w Niepokalanowie, wypełniłem ankietę o przyjęcie mnie do zakonu. Wysłałem ją. Przyszło powiadomienie, abym stawił się tam 16 listopada. Więc jutro jadę. Mój kolega ze Stalowej Woli, Andrzej, który do nas przyjechał, pomoże mi zabrać się z całym ekwipunkiem.

Tata nie nalegał więcej, przyjął to spokojnie. Wcześniej dla mnie był surowy, a teraz nagle stał się jakiś inny. Może przeczuwał, że kiedyś to nastąpi. W powietrzu wyczuwało się jakąś tajemnicę chwili, której nie mogłem pojąć. Zrozumiałem to po kilku latach, kiedy przyjeżdżałem na wypoczynek, a tata nie pozwalał mi wykonywać żadnej pracy. Mówił: Nie rób tego, odpocznij sobie, my sami to zrobimy. Oczywiście nie mogłem pozwolić, aby być darmozjadem w domu rodzinnym i brałem się do pracy razem ze wszystkimi, tak w domu, jak i na polu. Jednak tata nie chciał abym mu nawet buty czyścił, o co kiedyś prosił. Teraz, będąc zakonnikiem, stałem się dla niego „gościem honorowym” i czułem się niezręcznie w takiej sytuacji. Tata jednak był człowiekiem honoru i wiedział gdzie jest jego i moje miejsce. Kiedy coś mu się we mnie nie podobało, od razu reagował.


Więcej w papierowym wydaniu Posłańca 6/2017

.