Misyjne Boże plany

Realizacja powołania misyjnego jest radykalną odpowiedzią na wezwanie Jezusa: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego”. Pragnienie pracy na misjach często rodzi się w sercu, wzrastając przy innym powołaniu. Przedstawiamy trzy różne historie naszych misjonarzy, którzy na poszczególnych etapach swojego życia zdecydowali się na wyjazd na misje.

„Nie jestem typowym misjonarzem” – stwierdza już w pierwszym zdaniu o. Tadeusz Pobiedziński, który od roku pracuje w Paragwaju.  „Chciałem nim zostać, gdy byłem młody. Gdy byłem klerykiem, zacząłem nawet z myślą o misjach uczyć się hiszpańskiego. Jednak nie byłem chyba wystarczająco zdeterminowany, bo gdy moi koledzy prosili przełożonych o możliwość wyjazdu na misje, ja tego nie zrobiłem...” – wspomina misjonarz.

Pociągnięty przez Braci

„Kilka lat później miało miejsce wydarzenie, które w nas wszystkich (mam na myśli franciszkanów prowincji krakowskiej) pozostawiło piętno. Nasi współbracia, koledzy i przyjaciele, misjonarze: Zbyszek i Michał zostali zamordowani w Pariacoto... Po ich męczeństwie pracowałem nadal w duszpasterstwie w parafiach w Polsce, ale czułem się zobowiązany, żeby choć trochę podtrzymywać pamięć o naszych braciach. Gdy inni pracowali przy ich procesie beatyfikacyjnym, ja przez lata dbałem o ich pamięć robiąc poświęconą im stronę internetową czy wystawę...” – opowiada o. Tadeusz.

„Wreszcie nadszedł grudzień 2015 r.  Beatyfikacja ojców Michała Tomaszka i Zbigniewa Strzałkowskiego. To były dziwne uczucia, nietypowe przeżycia, gdy moi dwaj koledzy zostają wyniesieni na ołtarze” – wyznaje o. Pobiedziński. „Dla niektórych sytuacji trudno znaleźć odpowiednie słowa... W tym czasie nie myślałem w ogóle o wyjeździe na misje, natomiast o zrobieniu „czegoś” w imię przyjaźni z nimi, owszem, tak…”.

Ważny telefon

„Na początku lutego 2017 r. zadzwonił do mnie mój współbrat i przyjaciel, który pracował na misji w Paragwaju. Bez długich wstępów rzucił mi propozycję: „Nie przyjechałbyś do Paragwaju? Potrzebujemy tu misjonarzy”. Odpowiedziałem, że muszę się zastanowić, ale szczerze mówiąc, to już w trakcie tej krótkiej rozmowy wiedziałem, że moja odpowiedź będzie twierdząca.

Ten niepozorny telefon nie miał niby nic wspólnego z Męczennikami z Pariacoto. Niby nie miał! Ale dla mnie był wyraźnym zaproszeniem od nich. Zaproszeniem na kontynent, na którym oddali życie. Później sprawy potoczyły się szybko. Po trzech miesiącach wyjechałem do Paragwaju. Po czasie, który tu spędziłem mogę szczerze powiedzieć, że czuję się potrzebny i szczęśliwy. Czuję, że jestem we właściwym miejscu. Piszę o moim „nietypowym” powołaniu, bo podjąłem się wyjazdu na misje w wieku, gdy wielu misjonarzy z misji powraca. Jestem raczej realistą i wyjeżdżając nie miałem w sobie pragnienia dokonywania niezwykłych rzeczy – na to już chyba za późno. Chcę po prostu służyć jako kapłan w kraju, w którym kapłanów jest mało” – wyjaśnia misjonarz.

„Wyjdź ze swojej ziemi rodzinnej...”

Decyzję o wyjeździe na misje kilka lat temu podjął również o. Piotr Mpiima Dąbek, który obecnie pracuje w Ugandzie. Jak opowiada, otrzymał bardzo wyraźne zaproszenie na misje od Pana Boga, który przemówił w swoim słowie. „Moje rozeznawanie powołania misyjnego rozpoczęło się jakieś 4,5 roku temu. To był wrzesień 2013 r., kiedy podczas osobistych rekolekcji rozważałem słowo Boże. Trafiłem wówczas na fragment opisujący powołanie Abrahama. Na te szczególne słowa, które powiedział do niego Pan: Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę (Rdz 12,1). To zdanie nie dawało mi spokoju i towarzyszyło przez kolejne dni. Pytałem Pana, jak je rozeznać, dzieliłem się też tym doświadczeniem z moim kierownikiem duchowym. W sercu pojawiała się myśl, przynaglenie, by wyjść, wyjechać z kraju, w którym żyję. Wziąłem te słowa bardzo mocno do siebie, bo przecież raz już wyszedłem z domu mojego ojca, z domu rodzinnego, kiedy podjąłem decyzję o wstąpieniu do zakonu” – wspomina o. Piotr.


Więcej w papierowym wydaniu Posłańca 3/2018

.