Krok w tył – od siebie samego

Jest taka rzecz, która mnie irytuje, gdy idę przez miasto. Zawsze. To bazgroły zostawione na odnowionych elewacjach. Żadne tam murale czy oryginalne graffiti, umieszczone na odpowiednich powierzchniach, które są rodzajem sztuki miejskiej. Po prostu brzydkie esy – floresy, które uczenie nazywa się tagiem, czyli podpisem autora. Gdy widzę je na czystej ścianie czuję złość, bezsilność i zwyczajne zdziwienie – dlaczego ktoś to robi? Szuka zauważenia? Popularności? Rywalizuje z innymi? Dokonuje ekspresji siebie i głębokich przeżyć wewnętrznych? Nie wiem. Dla mnie zwyczajnie brakuje w takich „osiągnięciach” szacunku do pracy drugiego człowieka i dobra wspólnego. Ale czy nie mamy z tym kłopotu w innych sytuacjach? Ktoś stoi w hipermarkecie z wózkiem przy kasie i wykłada towary na ladę, a jednocześnie rozmawia przez telefon, nawet nie spojrzy na człowieka, który mu służy. Jakby to był robot. Albo pozostawia po sobie stertę porozwalanych butów – bo ktoś przyjdzie i posprząta. Taka jego praca, nie muszę się przejmować. I jeszcze inny obrazek – świeżo posadzone drzewka, za których wyrywanie zabiera się czyjaś pociecha. Reakcja opiekuna – żadna. Chyba, żeby to się działo we własnym ogrodzie, to tak.

Może to nieco pesymistyczne spojrzenie, ale potwierdzone przez wiele przykładów z życia. Na szczęście są i te dobre. Wspaniale słucha się rozmów rodziców z dziećmi, w których uczą szacunku dla czyjejś pracy oraz samego człowieka. Niezależnie czy jest skromniej ubrany czy wykonuje najprostsze zajęcia. Przyjemnie się ogląda lekarza, który cierpliwie słucha pacjenta i ma chęć zrozumienia go jako osoby, nie tylko jednostki chorobowej. Takim szacunkiem dla pracy profesora wykazuje się student, który na egzaminie unika „pływania w stylu dowolnym”.


Więcej w papierowym wydaniu Posłańca 4/2018.

.