Jesteśmy powołani do relacji z Bogiem

Rozmowa z o. Mateuszem Stachowskim OFMConv, duszpasterzem w klasztorze franciszkańskim w Ostródzie, rzecznikiem prasowym Prowincji Świętego Maksymiliana M. Kolbego w Gdańsku, twórcą internetowej telewizji franciszkańskiej FranciszkanieTV, kierownikiem duchowym, od 2014 r. egzorcystą posługujący w Wilnie i klasztorze w Gdyni, prowadzącym m.in., franciszkańskie rozważania biblijne „Daję Słowo” i program „Słowo na Niedzielę” w TVP 1.

Rozmawiała Anna Dąbrowska

Ojcze, w Ewangeliach mamy kilka opisów, jak Jezus powołuje uczniów. Najczęściej uczeń słyszy: „Chodź za mną”, zostawia wszystko i idzie z Jezusem. A jak Ojciec rozpoznawał swoje powołanie?

U mnie to było o tyle ciekawe, że nie byłem zbyt kościelnym człowiekiem…

To znaczy?

Byłem ministrantem w naszym franciszkańskim kościele w Poznaniu. To jest stary kościół, z wiekową historią, a wtedy, przed laty, był przed gruntownym remontem. Miał zakamarki, ciemne korytarze, klimat tajemnicy, zapach kadzidła, skrzypiące drzwi. Moje chodzenie na niedzielną Mszę Świętą było nie tyle powodowane wiarą, ile estetyką, pewną teatralnością tego kościoła, a to zawsze mnie ciągnęło. Nie angażowałem się w żaden sposób w życie Kościoła, nie czytałem Pisma Świętego ani książek religijnych, modliłem się byle jak, bardzo mało. Boga nie było za wiele w moim chodzeniu do kościoła, raczej to upodobanie klimatu teatru, półmroku, tajemnicy. I chyba na to mnie Pan Bóg pociągnął.

Któregoś razu jeden z franciszkanów powiedział, że dla ministrantów jest organizowany wyjazd na dwa tygodnie w Tatry, i że gdybym chciał jechać, to bracia mi ten wyjazd opłacą. Pojechałem. Na miejscu okazało się, że to są rekolekcje powołaniowe.

Trochę podstępem Ojca na nie wzięli…

Trochę tak. Ale mi to nie przeszkadzało, bo byłem jakby obok tego. Nie pamiętam dzisiaj nic z tych rekolekcji, poza tym, że chodziliśmy po górach. Było z nami dwóch braci kleryków z naszego seminarium w Łodzi-Łagiewnikach. Prowadziłem z nimi długie rozmowy i ujęło mnie to, że choć zawsze miałem dużo pytań, często ludzie byli nimi zmęczeni, to oni mieli ochotę i czas na te pytania mi odpowiadać. Nie przeganiali mnie. Później zaprosili mnie do seminarium, żeby ich niezobowiązująco odwiedzić. Ponieważ ich polubiłem, to pojechałem. Byłem chyba ze trzy razy u nich. I zdaje się, że już po pierwszej wizycie miałem sen, po którym rano, gdy się obudziłem, wiedziałem, że mam powołanie. To było całe moje rozeznawanie. Ten sen miałem w drugiej lub trzeciej klasie liceum. Blisko było do matury. Chciałem pójść na anglistykę – to był mój pomysł na życie.

Czyli Duch Święty przemówił do Ojca przez sen?

Myślę, że tak, ale ja wtedy nie miałem żadnej wiedzy religijnej, nie mówiąc o relacji z Jezusem, świadomości, że Duch Święty jest i działa. Obudziłem się z taką myślą, że mam powołanie, że mam być księdzem, ale bez szczegółowego myślenia, gdzie – czy w zakonie, czy w diecezjalnym seminarium. Czasem coś się nam śni mocnego, a gdy budzimy się, to jeszcze chwilę ten sen w nas żyje. We mnie ten sen żył nie pięć, piętnaście minut czy godzinę, ale cały czas. Ciągle miałem tę myśl o powołaniu.

Czy rozmawiał Ojciec z kimś o tym śnie?

Na początku sam wałkowałem to w sercu. Potem rozmawiałam z o. Janem Górą OP. Poznałem go, gdy przez jeden Adwent, chyba w 1989 r., chodziłem na roraty do dominikanów w Poznaniu. Fascynowały mnie piękne śpiewy, zapach wosku, ciemności rozświetlone tylko przez światło świec. Do dziś nie rozumiem tego, że chciało mi się na te roraty o 6 rano z drugiego końca Poznania jeździć. Nigdy później już tego nie powtórzyłem. O. Jan Góra prowadził te roraty. Miał takie trzyminutowe kazania, a mi się podobał język tych kazań, sposób mówienia. Potem kilka razy z nim rozmawiałem i spowiadałem się też u niego. Rozmawialiśmy o powołaniu, ale ta rozmowa była już jakiś czas po tym śnie. Zapytałem go wtedy: Co ojciec by powiedział na to? Bo mój plan jest taki, żeby skończyć studia i później iść do zakonu, bo wydaje mi się, że mam powołanie. A on mnie wtedy zrugał i powiedział: Jak masz powołanie, to od razu bierz tyłek w troki i zasuwaj do zakonu. To są najlepsze lata! Chcesz na studia zmarnować najlepsze lata życia?! Dla Jezusa wszystko ma być od razu! No i tak zrobiłem, jak powiedział.

I ile lat jest już Ojciec w zakonie?

Dwadzieścia pięć mija w tym roku.

Jak decyzję o pójściu do zakonu przyjęli bliscy, przyjaciele, znajomi?

To był dla nich szok. Znajomi podejrzewali, że się z kimś założyłem o to, czy pójdę do zakonu i jak długo tam wytrzymam. Kolegom z klasy powiedziałem o swojej decyzji na balu maturalnym. Wzięli to za dobry żart i uważali, że wrócę po miesiącu. Razem ze mną, tyle że do diecezjalnego seminarium, poszedł z mojej klasy jeszcze jeden chłopak. Na niego wszyscy stawiali, mówili, że się nadaje, bo angażował się w parafii. To było oczywiste, że ja wrócę, a on zostanie. Stało się odwrotnie. Dla mnie to znak, że po ludzku patrząc nie ma co określać, kto się do czegoś nadaje, a kto nie.


Więcej w papierowym wydaniu Posłańca 3/2018

.