„Jestem w służbie kompozytora i publiczności” Marzena Diakun – w pogoni za absolutem

Przyjechałam do Katowic na Międzynarodowy Konkurs Dyrygencki im. Grzegorza Fitelberga. To miał być reportaż o pracy dyrygenta opowiedziany poprzez młodych ludzi, którzy właśnie są na początku tej drogi. Przyjechali do Filharmonii Śląskiej z całego świata. Zapytani co dla nich w życiu jest najważniejsze, bez zastanowienia odpowiadają: MUZYKA. I to prawda. Chciałam też dowiedzieć się, co sprawia, że ten sam utwór, ta sama symfonia, np. pod jednym dyrygentem brzmi tak, a pod drugim inaczej, gdzie jest ta nieuchwytna granica talentu dyrygenta i orkiestry? I czy tak naprawdę my – od czasu do czasu tylko – bywalcy sal w filharmonii w ogóle rozumiemy na czym polega praca dyrygenta? Dlaczego o jednych mówi się, że są genialni? A o innych, że tylko poprawni?

To trudne pytania jak na reportaż z konkursu. Nie wiedziałam, czy znajdę odpowiedź. Nie wiedziałam, czy tu, w Katowicach, spotkam dyrygenta, który zechciałby opowiedzieć mi o swojej pracy, o tajemnicy w uprawianiu tego zawodu. Spotkałam.

Maestra

To była sama maestra Marzena Diakun. To jest ktoś, kto zrobił nieprawdopodobną karierę, o kim się mówi, o kim jest głośno. Zaczęło się od paszportów „Polityki”, później tutaj na Konkursie w Katowicach 5 lat temu Marzena Diakun dostała drugie, jakże wysokie wyróżnienie – srebrną batutę. W 2007 r. wygrała ważny konkurs dyrygencki w Pradze...  A później to już poszło tak, że maestra jest częściej na koncertach we Francji, Szwajcarii, Kanadzie, Meksyku i Japonii, aniżeli u nas w Polsce. Marzena Diakun to dziś najlepsze nazwisko na dyrygenckim światowym rynku.

Wiedziałam kim jest młoda, piękna dziewczyna, która nagle pojawiła się w filharmonii bo chciała posłuchać jak dyrygują jej młodsi koledzy po fachu, startujący w Konkursie. Maestra Diakun? – zapytałam znając odpowiedź, przedstawiłam się i poprosiłam o wywiad. Udało się.

Jak się zaczęło i w którym momencie kariery jest pani teraz?

Zaczęło się kiedy miałam siedem lat i poszłam do szkoły muzycznej, ale oczywiście później były studia muzyczne, dyrygentura i taka nieprzeparta chęć pozostania w tym zawodzie, bo to nie było łatwe. Dyrygentów jest dużo, więc znaleźć pracę, znaleźć orkiestrę, z którą można zdobywać doświadczenie nie jest łatwo. Ale byłam uparta i próbowałam na wszelkie sposoby – i w Polsce i za granicą – pokazywać swoje możliwości, dyrygować jak najwięcej i to zaczęło po jakimś czasie procentować.

Dostała Pani drugą nagrodę na Konkursie Fitelberga, srebra batuta i co później? Rozdzwoniły się telefony z całego świata i dyrektorzy filharmonii mówili: Pani Marzeno proszę dyrygować tylko u nas! Zapraszamy!

Oczywiście nie do końca tak jest, jak pani mówi. Owszem, początkowo byłam przekonana, że to teraz właśnie ja wygodnie w fotelu usiądę i będę czekała przy telefonie, będę odbierać zaproszenia. No, wcale tak nie było. Na te zaproszenia trzeba było jeszcze zapracować, trzeba było dużo występować, pokazywać się. Praca dyrygenta nie polega tylko i wyłącznie na studiowaniu partytur. Trzeba też dyrygować i pokazywać się właśnie, więc to nie jest takie proste.

Rynek muzyczny dziś jest bardzo zamknięty, trzeba czasami pojawić się w dobrym czasie w dobrym miejscu. Trzeba mieć kogoś, kto uwierzy w nas i otworzy nam te drzwi. W 2007 r. jeszcze nie potrafiłam wykorzystać tego sukcesu z Pragi. Dopiero po konkursie w Katowicach już wyciągnęłam naukę i próbowałam pokazać siebie z jak najlepszej strony. Zostałam zauważona w Polsce, to na naszą polską skalę było dosyć duże dokonanie, natomiast dalej musiałam szukać tych drzwi, które mogłabym otwierać na całym świecie. I pewnego dnia zdzwonił telefon z Paryża. To było Radio Francuskie – Orkiestra Radia Francuskiego, czyli to było coś, o czym marzy chyba każdy dyrygent na świecie.

Gratuluję. Nie znam dyrygenta tak młodego i w dodatku kobiety – przecież to wciąż męski zawód – któremu by zaproponowano objęcie stanowiska głównego dyrygenta Orkiestry Radia France w Paryżu.

To nie było tak, że Francuzi dzwonili do mnie od razu z propozycją objęcia stanowiska. Nie. Zadzwonili, że organizowany jest konkurs na to stanowisko i ja znalazłam się znowu tak jakby na Konkursie Fitelberga. O ile dobrze pamiętam, zgłoszeń do Katowic na Fitelberga było 270, znalazłam się wśród 270 młodych dyrygentów, do pierwszego etapu zostało zakwalifikowanych 50. Proszę zobaczyć jakie to jest sito – z tych 50 osób, do drugiego etapu już tylko zostaje zakwalifikowanych 12. Prawie jedna piąta – tylko tyle. A w Paryżu do konkursu przyszło 350 zgłoszeń. A oni mieli jedno jedyne miejsce na stanowisko asystenta! Później do Paryża zaproszono już tylko taką ścisłą dziesiątkę, i z tej dziesiątki wybrano mnie. Więc to troszeczkę tak, jakby wygrać w totolotka.

Nowe czasy

Byłam naprawdę zaskoczona takim wyznaniem dyrygentki o światowej sławie. Marzena Diakun to wciąż nieprawdopodobnie skromna osoba, mogła przecież powiedzieć: Wie Pani jestem tak dobra, to było oczywiste, iż Francuzi wybrali mnie. Nic podobnego. Diakun zaskakuje także normalnością. Nikogo nie udaje i na nikogo się nie kreuje. Jest cały czas sobą. Jest gwiazdą światowej dyrygentury bez gwiazdorstwa. Wielki włoski dyrygent Arturo Toscanini (zm. 1957), a po nim jeszcze większy, Austriak, Herbert von Karajan (zm. 1989) mówili: „Dyrygent jest dla orkiestry jak Bóg, jak świętość absolutna”. Marzena Diakun myśli inaczej. Bliżej jej do zdania, które wypowiedziała kiedyś najlepsza dyrygentka na świecie Martin Aslop (Diakun dostała w 2015 r. stypendium im. Martin Aslop): „Ludzie nie są przyzwyczajeni do oglądania kobiety w roli autorytetu, dlatego kobietom w tym zawodzie jest trudniej, ale – dodała Aslop – czasy się zmieniają”.


Więcej w papierowym wydaniu Posłańca 3/2018

.