Godziny ciszy mongolskich stepów

Każda podróż jest wędrówką do wnętrza siebie. Tak było i tym razem, zupełnie jednak inaczej niż zwykle. W dzisiejszych czasach mamy cały świat w zasięgu ręki. Przekraczamy bez problemu granice samej ziemi. Stąd moje wielkie zaskoczenie, gdy udało mi się wyjechać w głąb mongolskiego lądu, bo właśnie do Mongolii chcę zaprosić i doświadczyć raz jeszcze pełni naturalnego bogactwa i niejednego cudu, zamieniając z Bogiem niejedno słówko na ciszę.

Po długiej podróży z Polski miasto Ułan Bator nie przynosi ukojenia. Gigantyczne korki, dużo kurzu i hałasu, wiele bloków przypominających polskie osiedla. W każdym zakamarku miasta widać niełatwą historię mongolskiego narodu, długo czekającego na wolność. Właśnie wolność. To o niej będzie ten artykuł. Myślałam, że wiem o niej całkiem sporo. Ba, nawet jej na co dzień doświadczam. Mocno się myliłam. Wyjazd daleko od cywilizacji wymaga sporej logistyki i przygotowań. Europejski, wszystko analizujący umysł, nie odpuszczał nawet na moment: plany, mapy, zapasy, ubrania na różnice temperatur, leki na możliwe dolegliwości. W końcu wszystko gotowe. Można wyruszać na stepy!

Droga niespodzianek

Wiele kilometrów od jakiegokolwiek miasta rozpościera się przestrzeń bez końca. Tak dziewicza i piękna, że można poczuć się tutaj intruzem. A przecież to właśnie takiej ziemi człowiek miał być opiekunem. Kierunki świata wyznacza zieleń, bez wątpienia kolor nadziei. Co prawda kończy się wraz z horyzontem, ale tam właśnie dotyka nieba. Wszystko dookoła tętni życiem. Ciepłe powietrze zaczepia niezliczone owce i kozy na pastwiskach, tak bardzo ze sobą zgodne. Dla wszystkich jest sporo miejsca. Konie zachwycają witalnością, tutaj mogą nabrać prędkości i długo się nie zatrzymywać. Sępy fruwają nad stepem, na pierwszy rzut oka przerażające, ale w tych warunkach niezwykle pożyteczne: dział epidemiologiczny z prawdziwego zdarzenia! Chronią przed zakażeniami ludzi i zwierzęta. Geniusz Stwórcy – o wszystko zadbał z niewyobrażalną precyzją. Długowłose jaki za każdym razem przyglądają się nam zdziwione. Trzeba przyznać, że są bardzo bezpośrednie.

Nie mamy wątpliwości, że nie jesteśmy stąd, a może pochodzimy nawet z innej planety? Długo nie trzeba było czekać, by się o tym przekonać. Bez cywilizacji jesteśmy bezradni. Po kilku dniach podróży drogami gruntowymi, gdy rzadko mijaliśmy zamieszkałe jurty, „na wszystko” przygotowanym Europejczykom zepsuł się samochód. O mechaniku nie ma mowy, częściach zamiennych tym bardziej. Dookoła głucha cisza. Co robić?

Błogosławieństwo braku

Na mongolskim stepie wyraźnie widać, że zwierzęta nie zabiegają o jedzenie, Stwórca karmi je do syta, a rośliny zdobi tak, że Salomon nie był nigdy tak ubrany. Z niesprawnym samochodem, na absolutnym pustkowiu głośno brzmiące słowa: „Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie”, wydają się nierealne. W najgorszym przypadku będziemy tu nocować. Czekać. Nie wiadomo ile i na kogo. Długo jednak nie musieliśmy się martwić. Mieszkający niedaleko w samotnej jurcie starszy pan polecił nam doczłapać się powoli jakieś 25 km. Podobno jest tam uzdrowisko, w którym mieszka mechanik! Modliliśmy się, by udało nam się dojechać, zwłaszcza że mongolskie miary odległości są za każdym razem magicznie wydłużające się i to co najmniej dwukrotnie! Szybko nabraliśmy tolerancji do tych rozbieżności.


WIęcej w papierowym wydaniu Posłańca 5/2018

.