#Dziedzictwo

Do Krakowa z Warszawy, w deszczowy wrześniowy dzień ściągnęła mnie „Dama z Gronostajem” – znakomity obraz wielkiego Leonarda da Vinci. Nareszcie to arcydzieło renesansu znalazło godne siebie i geniuszu swego autora miejsce – gmach główny Muzeum Narodowego. Ale nie „Dama” przyciągnęła moją uwagę, kiedy stanęłam przed drzwiami muzeum, a dziwny tytuł na frontonie muzeum poprzedzony jeszcze dziwniejszym krzyżykiem – tzw. hasztagiem – „#Dziedzictwo”.

Nie wiedziałam, co kryje się pod tą nazwą wystawy, ale pomyślałam, że nie jest zachęcająca. Już po wejściu do wielkiej sali utwierdziłam się w przekonaniu, że miałam rację – ekspozycja zawierała aż sześćset obiektów zawieszonych jakby wbrew wystawienniczej sztuce, jeden przy drugim, jeden pod drugim, aż po sufit, co nie ułatwia widzowi patrzenia. Ale nie to było najgorsze – najgorszy był brak podpisów pod obrazami, rzeźbami, księgami, mapami, pod wszystkim, co tam pokazano. Zamiast tradycyjnych podpisów, do których przyzwyczaiło mnie każde muzeum na świecie, zobaczyłam tylko numery. Dostałam za to przewodnik, który pozwolił mi interpretować numery pod obiektami.

„Polak 79”

Chciałam dotrzeć jak najszybciej do obrazu Leonarda da Vinci, do „Damy z Gronostajem”. Jest na piętrze, ale nagle, przeglądając przewodnik po „#Dziedzictwie”, pod każdym numerem zaczęłam odnajdywać coraz ciekawsze informacje. Dowiedziałam się, że znajdę tu rękopisy Norwida, Chopina i Wyspiańskiego, ale obok nich zobaczę najdroższe zegarki świata, których twórcą był Polak, Antoni Patek. Zobaczę obrazy Olgi Boznańskiej, ale obok będą okładki amerykańskiego Vogue’a – ważnego czasopisma z lat 30. Te okładki projektowała sanitariuszka z wojny polsko-bolszewickiej 1920 r., Janina Dłuska. Jak to się stało, że wcześniej nie znałam tego nazwiska? Nagle zobaczyłam drogi memu sercu obraz – znam go od wielu lat. Dlaczego tu jest teraz?

„#Dziedzictwo” to największa wystawa w Muzeum Narodowym w Krakowie od słynnego „Polaków Portretu Własnego”. Był rok 1979, schyłek epoki Gierka. 8 października 1979 r., niemalże w pierwszą rocznicę wyboru Karola Wojtyły na papieża, Marek Roztworowski, ówczesny dyrektor Muzeum, pokazuje tysiąc obrazów Polaków – od tych ze średniowiecza po ten, który znów spotkałam. Autorem tej pracy jest Leszek Sobocki, wybitny polski malarz i grafik, rocznik 1934. Sobocki doskonale wtedy wie, że w PRL-u działa cenzura, która nie przepuści obrazu z Janem Pawłem II, Ojcem Świętym – taki termin nie istniał w socjalistycznej propagandzie. Co zrobił zatem z obrazem namalowanym specjalnie na tę wystawę w 1979 r.? Aby uniknąć ocenzurowania pracy, artysta stosuje aluzyjną formułę portretu i obojętny tytuł „Polak 79”. Ten obraz, który 38 lat temu obejrzało ponad osiemdziesiąt tysięcy ludzi, absolutny rekord w Polsce, znalazłam teraz na wystawie „# Dziedzictwo”.

Karola Wojtyłę zobaczyłam jeszcze raz, kilka sal dalej jest fotografia studenta polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, zrobiona w krakowskim zakładzie Pawła Bielca w 1938 r. Wtedy była elementem tableau z portretami twórców spektaklu „Kawaler Księżycowy”, przygotowywanego przez konfraternię teatralną. To był czas, kiedy Wojtyła myślał o zawodzie aktora, miał osiemnaście lat. Być może to zdjęcie miało wesprzeć przyszłą karierę sceniczną młodego Karola Wojtyły.


Więcej w papierowym wydaniu Posłańca 6/2017

.