Dlaczego ważne są proporcje…

Maciej Sikorski jest instruktorem teatralnym, założycielem teatru Exit, który działa przy Stowarzyszeniu Osób Niepełnosprawnych w Krakowie. Prowadzi warsztaty „Budzenie pasji – historia dla najmłodszych", katechezy multimedialne „Szukałem siebie, znalazłeś mnie” i bloga „Exit” (blog.gosc.pl/msikorski). Ostatnio napisał książkę „Byłem w piekle. Nie polecam” o przyjaźni z Ryśkiem Riedlem, liderem zespołu „Dżem”, drodze uwolnienia od świata narkotyków i fascynacji New Age. Mąż Aliny, tata sześciorga dzieci.

Napisał Pan książkę pt. „Byłem w piekle. Nie polecam” o swoim nawróceniu, wyjściu z nałogu narkotykowego, wyjściu ze świata New Age. Piekło gotujemy sobie sami, czy ktoś/ coś nas w nie wciąga?

Mogę odpowiedzieć na swoim przykładzie, że droga ta składa się z kilku etapów. Zaczyna się od niewłaściwego rozeznania rzeczywistości. Każdy, absolutnie każdy człowiek, podlega wpływom. Nie ma wyjątków. To jest początek tej drogi. Bóg, stwarzając świat, zaczął od rozdzielenia światła od ciemności. A potem je nazwał. Światło światłością, ciemność ciemnością. Tego często brakuje i mi także zabrakło. Jako młody chłopak uległem iluzji. Zło wziąłem za dobro. Było takie atrakcyjne, przebojowe... Kolejny etap to kłamstwo. Kłamstwo pojawia się w każdym nałogu. Na początek samooszukujemy się: „Mi to nie szkodzi, panuję nad tym...”. Potem kłamiemy na zewnątrz – „Mamo! Potrzebuję 50 zł na książkę”, wychodzimy do teatru... A kupujemy narkotyki czy alkohol. Towarzyszy nam mistrz kłamstwa. Bo o życie każdego człowieka toczy się walka. Tak już jest od powstania świata. Nic nowego. Tak było z Adamem i Ewą, tak jest też z każdym z nas. Każdy przechodzi kuszenia, którym często ulegamy. Potem mistrz kłamstwa znów przychodzi i wzbudza wyrzuty – „Jesteś beznadziejny, zobacz co narobiłeś!”. Uleganie głosowi demona może doprowadzić do poczucia beznadziejności, nawet do śmierci samobójczej. No i znajdujemy się w piekle – w świecie bez Boga, beznadziei, z której nie widzimy wyjścia.

Jak z niego wyjść?

Nie ma innej drogi, jak dostrzec gdzie się znalazło i stanąć w prawdzie. A potem podjąć decyzję i pójść za nią. Rozdzielić światło od ciemności i nazwać to, co jest światłem w moim życiu, a co ciemnością. Nie wolno samemu się potępić. Bóg tego nie chce. W każdej sytuacji wyciąga do nas rękę. Trzeba Mu zaufać. Postawić na Niego.

Książka jest szczerą opowieścią o życiu. Nie obawiał się Pan tak głębokiego ujawnienia swoich przeżyć, oskarżeń o duchowy ekshibicjonizm, szukanie metody na wypromowanie się…? Jaki był cel spisania tych wspomnień?

Najważniejszym powodem była chęć powiedzenia prawdy. Było mnóstwo osób, którym wydawało się, że mnie znały. A nie wiedziały nic... Uznałem, że nie jest to ani uczciwe, ani prawdziwe. Gniotło mnie to wiele lat. Prowadziłem jakby podwójne życie – z jednej strony mówienie świadectwa, granie katechezy, a z drugiej zwykłe życie. Postawiłem na prawdę. Do bólu. Dla siebie, dla moich bliskich. Również dla dzieci. Rodzice często ukrywają przed dziećmi kłopotliwe dla siebie sytuacje, a gdy przypadkiem zostaną one odkryte, jest to trudne i bolesne. Ta książka jest też opisem pewnego procesu, stawania się pewnych rzeczywistości. Jest zapisem budzącej się relacji z Tym, który Jest, który żyje i pomaga. Książka opowiada i o upadku i o podnoszeniu się z niego. Ale nie swoimi siłami. Bo tych mamy za mało. Istotnym jej elementem jest wątek wschodnich duchowości, New Age, praktyk tzw. medycyny niekonwencjonalnej. Zależało mi bardzo na tym, żeby przedstawić jak to u mnie przebiegało. Niestety „świat” bezkrytycznie przyjmuje pewne mody, nie filtruje ich treści. A potem w odruchu masowym inni je przyjmują. I niestety często te pięknie brzmiące hasła przykrywają rzeczywistości bardzo niedobre dla człowieka.

Jak trafił Pan do teatru Exit, który obecnie Pan tworzy? Czy to teatr z misją?

Potrzebowałem stałej pracy. Do tej pory projekty, nad którymi pracowałem, odbywały się w ramach fundacji i stowarzyszenia, a przychody były nieregularne. Wiadomo, że taka sytuacja powoduje nerwowość. Zwłaszcza, gdy ma się dużą rodzinę na utrzymaniu. Modliłem się o pracę, którą dostanę „z góry”. Nie chciałem swoimi nerwowymi poszukiwaniami narażać się na błądzenie. Chciałem mieć pewność, że jest to od Niego. I to moje westchnienie mogło wydać się nieco bezczelne. Poprosiłem o to, żeby praca ta przyszła w taki sposób, żebym nie miał najmniejszej wątpliwości, że jest dana przez Niego. Zuchwałe? Być może. Ale bardzo mocno uwierzyłem w to, że to nadejdzie. I przyszło. Całkiem szybko. To, w jaki sposób się to odbyło, zasługuje na osobny wpis. Teraz może powiem tylko tyle, że zupełnie niespodziewanie, rozmawiając przez telefon, usłyszałem propozycję pracy. Forma też była niezwykła – kolega powiedział do mnie: Chcę żebyś był to Ty. Nikt inny. A ja bez wahania zgodziłem się. Od kiedy mam zacząć? – padło standardowe pytanie. Oczywiście od zaraz – usłyszałem. To było dokładnie to, o co prosiłem. Chciałem nie mieć żadnych wątpliwości, że ta praca pochodzi od Niego.

Exit to teatr ewangelizacyjny. Tak to traktujemy. Naszą misją jest opowiadanie Ewangelii językiem teatru. Uświadamianie widzom – zarówno dzieciom, jak dorosłym – że sensem naszego życia jest znalezienie relacji z Bogiem i pójście za Nim.


WIęcej w papierowym wydaniu Posłańca 6/2017

.