Czworo dzieci to niewiele…

„W Polsce większość rodzin ma dwoje lub jedno dziecko... W Ugandzie to prawie niemożliwe, żeby znaleźć taką rodzinę” – śmieje się br. Steven Lumbuye, Ugandyjczyk, który studiuje we Wyższym Seminarium Duchownym Franciszkanów w Krakowie.

Franciszkanin z Matugga niedawno wrócił do Polski z urlopu spędzonego w ojczystym kraju. Przed rozmową z radością pokazuje mi zdjęcia ze swojej wielkiej uroczystości – złożenia ślubów wieczystych w zakonie św. Franciszka. Wszystko miało miejsce w Munyonyo, gdzie pracują franciszkańscy misjonarze. Na fotografiach tłumy ludzi, kolorowych strojów i ogrom afrykańskiej radości. To moja mama, to dziadek, a to ciocia – wyjaśnia br. Steven. Lista kolejnych opisywanych krewnych wydaje się nie mieć końca... Czy dużo było osób na uroczystości? – pytam zaciekawiona. Niedużo. Jakieś 400 osób – odpowiada z uśmiechem zakonnik.

W plemieniu Baganda, z którego pochodzi br. Steven, rodzina odgrywa największą rolę. Podobnie jest w większości afrykańskich grup etnicznych. Można powiedzieć, że człowiek jako jednostka w Ugandzie nie istnieje... O tym, czym różni się rodzina ugandyjska od polskiej, opowiada br. Steven.

Jak wygląda przeciętna rodzina ugandyjska?

Przede wszystkim, mówiąc jednym słowem, jest ogromna. To rodzina wielopokoleniowa, w przeciwieństwie do europejskich rodzin nuklearnych, które są zazwyczaj dwupokoleniowe – składają się z rodziców i dzieci. U nas rodzina, ta bliska, to pojęcie dużo szersze. To nie tylko rodzice i dzieci, ale również wujkowie, ciocie, dziadkowie itd. Czasem mieszkają oni w jednym domu albo blisko siebie, w jednej okolicy. Poza tym, inna duża różnica, którą zauważam, to fakt, że w Polsce większość rodzin ma dwoje lub jedno dziecko... W Ugandzie to prawie niemożliwe, żeby znaleźć taką rodzinę! Najczęściej rodzice mają ośmioro dzieci. To taka średnia. Bywa, że w domu jest ich dziesięcioro lub więcej... Na przykład mój wujek ma piętnaścioro dzieci z jedną kobietą.

Trzeba dodać, że z jedną kobietą?

Tak, w Ugandzie jest to ważne. Wynika to z kolejnej różnicy, o której chcę powiedzieć. Z tego co widzę, ludzie w Europie troszczą się o siebie, o swoją rodzinę w wąskim zakresie. Najczęściej po prostu rodzice opiekują się swoimi dziećmi. W Ugandzie, a zwłaszcza w mojej kulturze Baganda, wygląda to inaczej. Na przykład gdyby mój brat umarł, zostawiając dzieci, mam obowiązek zająć się jego potomstwem, aż do osiągnięcia przez nie wieku dorosłego. Spoczywa na mnie taka odpowiedzialność. Także jeśli mój brat nie miałby pieniędzy, żeby utrzymać swoje dzieći, muszę mu pomóc, nawet biorąc do siebie i opiekując się którymś z jego dzieci. Oczywiście ja jestem zakonnikiem, więc w moim przypadku już jest inaczej, ale to też bardzo duża różnica między relacjami w rodzinie afrykańskiej, a w polskiej.

No właśnie... Jak wygląda relacja rodziców z dziećmi? Pewnie decyzja o brata powołaniu była dla nich czymś niecodziennym?

W naszej kulturze panuje bardzo mocne przekonanie, że gdy młody człowiek, który może już założyć rodzinę, umrze zanim uda mu się to zrobić, to nad nim i jego krewnymi panuje jakiś zły omen. Podobnie, jeśli ktoś umiera, nie mając dzieci. To odbierane jest jako przekleństwo, jako coś złego. Dla moich bliskich wciąż trudne jest to, że będąc zakonnikiem, nie będę miał własnej rodziny.


Więcej w papierowym wydaniu Posłańca 6/2017

.