Coimbra

Coimbra

Późnym wieczorem dotarliśmy do Coimbry. Postawiliśmy samochód na obrzeżach miasta na parkingu pod wiaduktem trasy szybkiego ruchu. Czekał nas nocleg w samochodzie.

W miarę możliwości, jak na trzech pasażerów, porozkładaliśmy siedzenia i szybko zasnęliśmy przy szumie mknących górą samochodów i wspomnień minionego dnia.
Jeszcze w południe celebrowaliśmy Mszę Świętą u św. Jakuba w Santiago de Compostela i byliśmy świadkami niepowtarzalnego obrzędu okadzenia z użyciem Botafumeiro, wielkiego trybularza mierzącego 160 cm i wypełnionego prawie 40 kg węgla drzewnego, który rozkołysany siłą ramion ośmiu mężczyzn przez cały transept przelatuje od jednego do drugiego sklepienia, rozsiewając dym i zapach kadzidła po całej katedrze. Jeszcze po południu zanurzaliśmy stopy w oceanie, pochmurna pogoda, przenikliwy wiatr i zimna woda nie pozwoliły na więcej. A teraz już na rodzinnej ziemi św. Antoniego.

Na początek dziękczynienie
Obudziło nas słońce, niskie nad horyzontem, zaczęło przez szyby zaglądać nam w oczy, przypominając, że szkoda dnia na sen. Po porannej toalecie z wykorzystaniem butelki wody mineralnej, przejechaliśmy do centrum, gdzie zaparkowaliśmy samochód przy chodniku jednej z ulic wyznaczających granicę Starego Miasta. Zaledwie weszliśmy w pierwszą ulicę, zobaczyliśmy kościół, do którego otwartych drzwi zmierzali ludzie. Poranna Msza Święta. Weszliśmy i my kierując się prosto do zakrystii. Ależ oczywiście możecie ze mną odprawiać – zgodził się starszy kapłan. Skąd jesteście? Z Polski! O! To z bardzo daleka. Msza była recytowana, bez śpiewów, ale pełna namaszczenia i wręcz czuć było jak słowa kapłana tworzą harmonię z cichymi głosami wiernych, zamieniając się w jedno wspólne dziękczynienie. Pożegnaliśmy sympatycznego kapłana i wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Jak zwykle bez mapy i przewodnika – tak, jak poprowadzi droga, ze spokojem, bo przecież wcześniej czy później i tak dotrzemy tam gdzie warto.

Bez zbędnego pośpiechu
Zanim jednak zdążyliśmy się na dobre zagłębić w labirynt miasta odezwała się natura. Jeden z nas pilnie musiał pójść do toalety. I początkowo sprawa wydawała się bardzo prosta, szybko bowiem znaleźliśmy właściwe miejsce. Niestety, aby otworzyć drzwi trzeba było wrzucić monetę o odpowiednim nominale. I tu pojawił się problem. To był rok 2001 i brakowało jeszcze kilku miesięcy do wprowadzenia wspólnej waluty euro. Mieliśmy w kieszeniach złotówki, marki, franki, pesety, ale ani jednego escudo. Nie tracąc z oczu tak ważnych drzwi, zaczęliśmy się rozglądać za jakimś miejscem wymiany. O, jest bank niedaleko! Ze sto metrów, a biegiem pięćdziesiąt. I znów pośpiech na nic. Jeszcze zamknięte. Otwarte od ósmej. Patrzymy na zegarki. Za dziesięć. Nie ma co szukać gdzie indziej. Czekamy. Wreszcie ósma. Ale niestety drzwi pozostają zamknięte. Kiwamy głowami. Cóż, na południu podejście do czasu różni się od naszego. Kiedy jednak mija kwadrans i sytuacja się nie zmienia, zaczynamy się dziwić. No przecież to w końcu bank, a bankierzy na całym świecie wiedzą, że czas to pieniądz. Po kolejnych piętnastu minutach rezygnujemy i ruszamy szukać innego banku. Idziemy uważnie przypatrując się szyldom i mijanym witrynom. I tak stajemy przed sklepem zegarmistrza. A tam wszystkie zegary jak jeden wskazują siódmą czterdzieści dwa. Dopiero wtedy dociera do nas, że czas w Portugalii w stosunku do środkowoeuropejskiego różni się o godzinę. Przestawiamy zegarki i wolno, spokojnie, przynajmniej w dwóch trzecich grupy, wracamy pod znajomy bank. Widać w środku ruch, a punktualnie o ósmej miejscowego czasu bank jest otwarty. Transakcja to tylko kwestia kilku chwil i wreszcie te najważniejsze w tym momencie drzwi zostają otwarte. Zresztą problem znika, bo miasto zaczyna się budzić i swoje podwoje zaczynają otwierać bary, aby mieszkańcy mogli wypić kawę i zjeść rogalika na śniadanie. Czego i my nie omieszkamy zrobić przed wyruszeniem w dalszą wędrówkę.


Całość artykułu w papierowym wydaniu Posłańca

.